niedziela, 5 grudnia 2010







Do Wrocławia dostałam się w piątek i niestety już w sobotę w nocy wróciłam. Mimo tak krótkiego czasu był to bardzo owocny wyjazd. Odwiedziłam na przykład nowo powstałą księgarnię, którą serdecznie wszystkim polecam. To TAJNE KOMPLETY mieszczące się w samy sercu rynku - Przejście Garncarskie 2. Ciekawe wnętrze z charakterem, pyszna kawa, przemiła obsługa no i masa książek i wydarzeń wokół nich. Tylko pozazdrościć! Szkoda, że o takiej księgarni Poznań może obecnie jedynie marzyć.

Ale TAJNE KOMPLETY to nie jest jedyna zdobycz, którą przywiozłam z Wrocławia. Udało mi się zdobyć kilka świetnych książek no i przede wszystkim nagrać ciekawy materiał na temat jednej z nich. Jakiej i jaki materiał - o tym za parę dni.

czwartek, 2 grudnia 2010



Próbowałam wybrać się dzisiaj na 19.Wrocławskie Promocje Dobrych Książek. Niestety bezskutecznie. Paraliż komunikacyjny w całej Polsce... Nie będę tu pisać o PKP, postanowiłam, że nie, że nie będę na nich psioczyć mimo czterech godzin spędzonych w hali Dworca Głównego w Poznaniu, by w końcu zawrócić do domu... Drugie podejście jutro. Niebawem stanę się mistrzynią wstawania o 5:00!

Powyżej wklejam projekt pieczątki-ekslibrisu, który towarzyszy 19.Wrocławskim Promocjom Dobrych Książek. Autorem jest pan Tomasz Broda, absolwent PWSSP we Wrocławiu.

sobota, 27 listopada 2010






Uwielbiam śnieg. Zimą dobrze czyta się haiku. Poniżej jedno z moich ulubionych.

Pierwszy śnieg -
Głowa lekka,
Myję sobie twarz.


Etsudjin (1656-1739)

A teraz zmykam na łyżwy! :)

czwartek, 18 listopada 2010






Już jutro zaczyna się 3 MIĘDZYNARODOWY FESTIWAL TWÓRCZOŚCI KOBIET NO WOMEN NO ART. Polecam to wydarzenie wszystkim, zarówno kobietom, jak i mężczyznom. Program znajdziecie tutaj: www.nowomen-noart.pl

Sama kupiłam już bilety na piątek 26 listopada o godz. 19:00 do Kina Muza na premierę filmu Pepperminta Pipilotti Rist i spotkanie z odtwórczynią głównej roli Eweliną Guzik.

Pamiętam, jak kilka lat temu, a dokładniej w 2004 roku w CSW w Warszawie oglądałam wystawę Rist prezentującą jej wideo. Twórczość tej jednej z najważniejszych i najbardziej znanych artystek szwajcarskich zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Pamiętam pracę Sip My Ocean (zarówno obraz jak i dźwięk) i nawet dziś czuję gęsią skórkę na samą myśl o niej. To chyba jedna z najbardziej znanych prac Rist. Zapewne z różnych powodów Rist tak bardzo właśnie wtedy mnie zachwyciła. Jestem ciekawa jak zareaguję na nią tym razem. Jedno jest pewne bardzo się cieszę na ten wieczór. Cenię Rist za prostotę, banalność i kicz, które są u niej tak samo prawdziwe jak prawdziwe jest nasze wnętrze i jak prawdziwe są nasze uczucia, które w tym wnętrzu skrywamy. Cenię Rist za płynne granice, za odwagę i bunt, za soczystość i barwność, oniryczność i terapeutyczność, za zmysłowość i bycie po stronie życia, jakkolwiek absurdalne i szalone by one nie było.

Polecam: www.pepperminta.ch

niedziela, 14 listopada 2010






W zeszłym tygodniu o tej porze jechałam zatłoczonym i obskurnym pociągiem z Krakowa do Poznania. Mocno zmęczona po pięciu dniach intensywnej pracy, stęskniona za własnym domem i bliskimi, a jednocześnie zadowolona, bo Targi Książki okazały się bardzo udane, no i bo liznęłam trochę Festiwalu Conradowskiego. Żałuję tylko, że tak niewiele liznęłam. Polecam zajrzeć na: www.conradfestival.pl

Udało mi się pójść na spotkanie z Rabihem Alameddinem, autorem książki Hakawati, mistrz opowieści. Było to cudny wieczór. Spotkanie prowadził (świetnie!) Grzegorz Jankowicz, a autor pełen życiowej mądrości ironizował odpowiadając prawdziwie. Zamierzam sięgnąć po książkę, którą już dawno temu wiele osób mi polecało. Wybrałam się na koncert muzyki tunezyjskiej w wykonaniu zespołu Perpetual Motion oraz odwiedziłam Żydowskie Muzeum Galicja, gdzie odbył się bardzo intymny i poruszający wieczór poetycki Piotra Sommera. Z żalu, (choć oczywiście nie tylko z żalu), że nie udało mi się wybrać na spotkanie z Marjane Satrapi obłowiłam się w oba tomy Persepolis oraz jeszcze kilka innych książek, o których napiszę innym razem.

Zatem powoli wracam z rozmaitych podróży, przeprowadzek, remontów i innych prac. Pewnie więcej będzie tu teraz o przeszłości, albo raczej teraźniejszość intensywnie przeplatać się będzie z tym, co ciekawego robiłam w październiku ;)

czwartek, 16 września 2010







Wzięło mnie na książki kulinarne, a właściwie nie kulinarne tak do końca, wszak nie są to książki pełne przepisów i porad kulinarnych, ale są to książki, w których głównym bohaterem jest jedzenie, a tematem pasja przyrządzania. Pewnie to wszystko po części dlatego, że tak naprawdę to od niedawna mam własne garnki i kuchnię i jestem w niej sama i mogę rządzi ile chcę. Pewnie też przez GARNEK AKADEMICKI ZAKWADRANS KULINARNY, który prowadzę w Radiu Afera. Czyli uogólniając wyżywam się kulinarnie na tyle na ile czas, siły i budżet pozwalają. Całkiem naturalnie zatem zaczęłam też objadać się stosowną literaturą.

Przed wakacjami do moich rąk trafiła książka Georganne Brennan Świnia w Prowansji. Dobre jedzenie i proste przyjemności w południowej Francji, którą wydało Wydawnictwo Czarne. Do sięgnięcia po tę książkę zachęciło mnie w dużym stopniu pochlebne słowo Roberta Makłowicza, które można przeczytać na odwrocie książki. Świnia w Prowansji to rzecz bardzo interesująca, napisana przez dziennikarkę i autorkę książek kulinarnych, która urodziła się i wychowała w południowej Kalifornii. Jak łatwo się domyślić Georganne, któregoś dnia postanowiła zmienić swoje życie i zrealizować pewne marzenie - wyjechać, poznać nowy kraj, ludzi, żyć inaczej - bliżej z naturą. W ten sposób w 1970 roku wraz z mężem i córką przeprowadziła się do południowej Francji by w tradycyjny sposób wytwarzać kozi ser, hodować świnie. Zanim jednak zaczęła to wszystko robić musiała się tego przede wszystkim nauczyć, co oczywiście nie było proste. Książka Georganne jest właśnie o poznawaniu wiejskiego życia w Prowansji oraz o poznawaniu tamtejszej kuchni. Autorka zachwyciła się chodzeniem na grzyby, wspólnym biesiadowaniem, a nawet świniobiciem - mocny rozdział, który o tym opowiada, pozostaje na długo w pamięci. Miejscami książka wydawała mi się zbyt amerykańska, ale urzekło mnie to, że nie jest to kolejna tkliwa historia, w której pod pretekstem kuchni, jedzenia i poznawania nowej kultury, mamy wpleciony wątek romansowy. To bez wątpienia książka o jedzeniu. Jedzeniu, które jak pisze Georganne ma moc łączenia ludzi, a sposoby jego przyrządzania regulują naszą codzienność. Atutem Świnii w Prowansji są też przepisy kulinarne. Nie ma ich wiele, jest tyle ile rozdziałów, czyli osiem. Poza tym bardzo spodobały mi się oczywiste, lecz jakoś olśniewające słowa Georganne:

W Prowansji nauczyłam się, że jedzenie to znacznie więcej niż zaspokajanie głodu. Zrozumiałam, że zbieranie, polowanie i uprawianie to część życia wciąż naznaczonego rytmem pór roku, życia, które wiąże ludzi z ziemią i ze sobą nawzajem.

Warto wspomnieć, że po powrocie do Stanów Georganne Brennan wraz z Charlotte Glenn założyła firmę, która zajmuje się dystrybucją nasion, a sama autorka działa w ruchu slow food, prowadzi warsztaty kulinarne w Prowansji i USA i pracuje obecnie nad książką o dorastaniu w Kalifornii w magicznych latach 40 i 50.

Druga książką, po którą sięgnęłam, która także związana jest z kuchnią i jedzeniem i jak się okazało także z Francją, a na dodatek napisała ją również Amerykanka, została niedawno wydana przez Wydawnictwo Literackie. Chodzi o Moje życie we Francji autorstwa Julii Child. Nie będę ukrywać, że do przeczytania książki sprowokował mnie film Julie i Julia, który widziałam z opóźnieniem w stosunku do tego kiedy był pokazywany w kinach. Film, owszem podobał mi się, ale nie zachwycił mnie bardzo. Co innego książka, która okazała się wręcz doskonałym czytadłem, idealnym na początek jesieni. Mimo, że Moje życie we Francji ma prawie pięćset stron płynie się przez tę książkę wręcz cudnie. Julia Child, nieco inna niż w filmie, ujmuje bardziej. Opisy Paryża, paryskich knajpek i serwowanych w nich przysmaków są świetne. No i przede wszystkim subtelny, życiowy humor, który bije z tej książki wraz z bardzo realnym, nieprzerysowanym optymizmem i energią życiową. Po lekturze dosłownie marzę by przeczytać i wypróbować pierwszą książkę kulinarną Julii Child Doskonalenie się we francuskiej sztuce kulinarnej. Ale kiedy książka ta zostanie przełożona na język polski i czy w ogóle? Póki co polecam wszystkim Moje życie we Francji, które przede wszystkim jest niezwykłą opowieścią o życiu pewnej kobiety - Amerykanki, która zupełnie nie potrafiła gotować, ale częściowo pod wpływem pobytu we Francji, postanowiła się w tym doskonalić. A że dzięki temu napisała książkę (i to nie jedną), zaczęła prowadzić program kulinarny w telewizji oraz robić sporą karierę, to już inna część tej przesympatycznej historii ;)

Myślałam, że tu zakończę dzisiejszy post, ale chyba nie może być tak, że piszę o książkach o jedzeniu i nie zarekomenduję żadnego przepisu :) Niech będzie zatem o tym, co dziś zjadłam, a wcześniej ugotowałam na obiad. Średnio to wyrafinowane i mało francuskie - choć w sumie Francuzi bardzo lubią zupy nawet na kolację, trochę amerykańskie - wszak kukurydza w tym daniu króluje, ale przede wszystkim smaczne.

Zupa kukurydziana

Składniki:
2 puszki kukurydzy
cebula lub jak ktoś lubi dwie cebule
ząbek czosnku lub jak ktoś lubi dwa ząbki ;)
oliwa z oliwek
masło
łyżeczka kurkumy
przyprawa chili
1,5 l rosołu


Do garnka wkładamy łyżkę masła i ok. trzech łyżek oliwy z oliwek. Zapalamy mały gaz. Obraną cebulę i czosnek siekamy na małe kawałeczki i wkładamy do garnka by zarumienić na oliwie i maśle. Dodajemy kurkumę, chili i 2/3 osączonej kukurydzy. Mieszamy. Zalewny rosołem i gotujemy około 15 minut. Potem miksujemy i na koniec dodajemy 1/3 kukurydzy, która nam została. Gotujemy jeszcze chwilę. Zupę można jeść z groszkiem ptysiowym i pietruszką. Ciekawie smakuje doprawiona startym parmezanem. To idealna, rozgrzewająca, prosta, szybka i smaczna strawa na zimne jesienne wieczory. Wpadłam na nią, gdy zobaczyłam, że mam pusto w lodówce, a w spiżarce tylko 2 puszki kukurydzy :)

Bon appetit!

poniedziałek, 6 września 2010




Kazimierz Malewicz, Biegnący mężczyzna, 1932-34, olej na płótnie.



Czas się przyznać, pochwalić, napisać o tym. Biegam. To znaczy jestem biegaczem amatorem. Biegam od kilku miesięcy.

Zaczęło się prozaicznie. Skończył się sezon na pływalnię krytą i pomyślałam, że fajnie byłoby znaleźć jakiś inny sport. Wymagania miałam małe, a może duże: tanio, elastycznie terminowo/godzinowo, blisko domu, satysfakcjonująco.

Któregoś razu pewna osoba zaczynała właśnie sezon i zapytała, czy nie spróbowałabym z nią. Spróbowałam. Byłam zdziwiona, że aż tak mi się spodobało. Zaczęłam biegać i biegałam tak kilka tygodni, zastanawiając się, czy mi się odechce, znudzi... aż w końcu stwierdziłam, tak, będę to robić. Będę biegać, chcę biegać, biegam.

Byłam wtedy może w połowie treningu. Trening to w moim przypadku bieganie trzy/cztery razy w tygodniu, a raczej marszobiegi. Zaczynałam od biegu trzydziestu sekund i marszu cztery i pół minuty, co razem daje pięć minut. Podczas jednego treningu biegnę i maszeruję tak na zmianę po sześć razy. Każdy taki cykl powtarzam przez co najmniej dwa tygodnie, aż do momentu, w którym czuję, że biegnę lekko. Wtedy przychodzi moment na zwiększenie czasu biegu i zmniejszenie czasu marszu, ale całość zawsze ma pięć minut i powtarzana jest sześć razy. W ten sposób w zeszłym tygodniu pobiegłam cztery i pół minuty i maszerowałam trzydzieści sekund. Kolejny krok przede mną to przełom: bieganie trzydzieści minut bez przerwy, już bez marszu.

Gdzieś w połowie treningów przyszedł czas na kupienie butów do biegania, pulsometru. W którymś momencie weszłam na stronę www.bieganie.pl i czasami nadal tam zaglądam, choć niewiele rozumiem ;) Maraton nie jest moją ambicją ale staram się kontrolować, by się nie przetrenować, by biegać świadomie i zdrowo. Gdzieś przy biegu trzy i pół minuty odkryłam na przykład, że źle stawiam stopę, co powoduje silny ból kolan, tak więc musiałam szybko zacząć pracować nad techniką. Teraz jest już wyśmienicie.

Kilka dni temu przeczytałam rewelacyjny esej o bieganiu. Opublikowany został w TYGODNIKU POWSZECHNYM, autorem jest Tadeusz Sławek. Przyszedł zatem dla mnie czas by zastanowić się nad bieganiem, nad tym czym ono jest dla mnie i dlaczego biegam.
Esej znajdziecie TU.

To esej, pod którym chciałabym się podpisać obiema nogami;) Sławek pisze, o biegaczu amatorze, który ćwiczy się w rezygnacji, o tym, że bieganie to forma abdykacji oraz praktykowanie wdzięczność.

To, co najistotniejsze w momencie, gdy biegacz-amator wychodzi na trasę, to rezygnacja z wszystkiego. Nie ma żadnego wsparcia, nikt za nim nie jedzie, niczego – poza, być może, niewielką butelką wody – nie zabiera. Ta redukcja obciążenia jest redukcją znaczenia. Pozostawia za sobą wszystkie emblematy pozycji społecznej, władzy, materialnej zasobności. Co najwyżej może mieć mniej lub bardziej markowe buty.

Nie chcę nikogo namawiać do biegania. Chcę tylko podzielić się moją radością z biegania. Każdy swoje bieganie powinien odkryć sam, na miarę własnych możliwości i własnego tempa. (...) bieganie to nasłuchiwanie rytmów ciała. Własnego ciała.

Niebawem znów zacznie się sezon na pływalnię. Wrócę na nią, ale biegać nie przestanę, na tyle na ile pozwoli na to pogoda. Ostatnio przydarzyło mi się biec w deszczu. W późnym, jeszcze letnim, sierpniowym deszczu, który zwiastował jesień. Nie miałam na sobie nic przeciwdeszczowego, ale nie mogłam przestać biec, było cudownie...

środa, 18 sierpnia 2010





Od długiego już czasu oprócz Radia Afera słuchamy namiętnie Programu Drugiego Polskiego Radia. Zawsze rano i zawsze wieczorem i w nocy. Jest kilka audycji, które są w naszej stałej, domowej ramówce. To m.in. CZTERY STRUNY ŚWIATA program autorski niezastąpionego Piotra Matwiejczuka, który gości w eterze zawsze w niedzielę od 23:00. To audycja wyjątkowa, pełna różnorodnej, wybornej muzyki, często takiej, którą trudno usłyszeć gdzieś indziej, trudno zdobyć. To audycja mistrzowsko i jednocześnie na luzie prowadzona. To audycja, od której można się uzależnić ;) W Dwójce uwielbiam też poranne rozmowy (7:35 środa) Katarzyny Nowak i Sylwii Chutnik oraz prowadzony przez Hannę Marię Gizę Klub Ludzi Ciekawych Wszystkiego. Chociażby przed chwilą w Sezonie na Dwójkę słuchałam bardzo interesujących rozmów z Adamem Wiedemannem o Henryku Berezie i Marku Hłasce, oraz z Irkiem Grinem o Międzynarodowym Festiwalu Kryminału we Wrocławiu. Chyba długo mogłabym wymieniać i zachwalać kolejne audycje i prowadzących, ale nie o tym chciałam zasadniczo napisać ;)

Ufam Panu Piotrowi i CZTEREM STRUNOM ŚWIATA właściwie całkowicie. W ostatnią niedzielę pojawiła się tam wzmianka o koncercie, który odbędzie się w Poznaniu w najbliższy piątek - bilety za 100 groszy już kupiłam :) Wystąpi siedmioosobowy hiszpański zespół Elbicho grający flamenco duende połączone z psychodelicznym rockiem lat 70. oraz surrealistycznymi tekstami piosenek. Bardzo jestem ciekawa tego wydarzenia. W wolnej chwili warto zajrzeć tutaj: www.elbicho.com

Polecam zatem ostatni koncert z cyklu na 100-lecie CK ZAMEK
i zapraszam 20 sierpnia na 21:00 na Dziedziniec Różany, gdzie wystąpi Elbicho, a na dodatek o 22:30 odbędzie się urodzinowy pokaz sztucznych ogni ;)

niedziela, 15 sierpnia 2010





Jest pewien rodzaj książek, które wyjątkowo lubię. To książki o książkach, zarówno o pisaniu, jak i o czytaniu. Napisać tego typu dobrą książkę nie jest łatwo.

Ostatnio wpadł mi w ręce wznowiony przez Wydawnictwo Znak zbiór esejów Anne Fadiman Ex libris. Wyznania czytelnika. Ta książka to mistrzostwo eseju, mistrzostwo pisania o książkach. Już pierwszy esej Zaślubiny księgozbiorów czytałam śmiejąc się głośno i przytaczając wybrane fragmenty osobie, która siedząc obok mnie czytała zupełnie coś innego. Czytanie pierwszego eseju skończyło się na tym, że od razu przeczytałam go ponownie, a potem po raz trzeci - na głos ;) Po prostu uczta!

Wcale nie gorzej było z kolejnymi esejami zawartymi w książce, a jest ich łącznie dziewiętnaście. No właśnie, tylko tyle. Szybko zorientowałam się, że mam predyspozycje by przeczytać tą książkę w jeden wieczór. By pożreć ją zachłannie i prawie dosłownie. Zatem zadałam sobie limit. Jeden esej dziennie. Uczta i katorga jednocześnie, bo chciało się więcej, ale nie chciało się kończyć przygody z tą książką. Psoty wieloczłonowców były niesamowite, porwał mnie esej Moja specjalna półka, rozbawił Tak nie wolno obchodzić się z książką, wzruszył Słowa na szmucpaginie, a test z eseju Prawdziwa kobiecość kazałam zrobić mężowi ;)

Banałem będzie pisanie, że utożsamiam się z większością zdań autorki, że praktykuję to samo co ona: czytam i gromadzę książki, że spotykają mnie podobne refleksje i zdarzenia. Zapewne może tak powiedzieć prawie każdy, kto sięgnie po ten tom. Bo ten kto sięgnie i go przeczyta na pewno będzie kimś dla kogo książki są czymś z jednej strony wyjątkowym, z drugiej tak niezbędnym, że powszednim i codziennym.

Mistrzostwo Fadiman polega na wyjątkowej umiejętności łączenia erudycyjności i życia prywatnego. Eseje są ciepłe i osobiste, pełne anegdot, a jednocześnie nie brak im dystansu i ironii no i świetnego poczucia humoru. Czytając Fadiman można przekonać się, że mole książkowe mają z sobą wiele wspólnego, choć każdy jest zupełnie inny i inaczej celebruje książki oraz ich czytanie.

Po przeczytaniu Ex libris. Wyznania czytelnika pobiegłam do księgarni zakupić tom drugi esejów Anne Fadiman W ogóle i w szczególe. Eseje poufałe i trwam w fascynacji. O tak! Trwam i czytam na okrągło licząc, że niebawem znowu pojawi się na polskim rynku jakaś książka tej zakochanej w książkach amerykańskiej eseistki.

P.S. Brawo dla Wydawnictwa Znak za pięknie wydane oba tomy!

piątek, 6 sierpnia 2010







Centrum Kultury Zamek w Poznaniu ma w tym roku bardzo okrągłe urodziny, obchodzi 100 lat! :) W związku z tym jubileuszem na sierpień przygotowano szereg spektakli, koncertów pod hasłem ZA STO GROSZY. Wybrałam się na belgijski Compagnie Thor i spektakl To the Ones I Love.

Pokazywana na Dziedzińcu Różanym choreografia Thierriego Smitsa do muzyki J.-S. Bacha w wykonaniu dziewięciu tancerzy afrykańskiego pochodzenia niestety nie porwała mnie. Okazało się, że upodobałam sobie w tańcu coś zupełnie innego i coś zupełnie innego jest dla mnie istotne. Zatem mimo wszystko miły wieczór zakończyłam z niedosytem, lekkim ale stanowczym nie dla Compagnie Thor i radosnym tak dla biletów za 100 groszy ;)