Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty

środa, 23 lutego 2011




Dzisiaj wybieram się do Kina Muza na odnowiony cyfrowo film Do widzenia, do jutra oraz spotkanie z reżyserem Januszem Morgensternem. Wydarzenie to odbywa się w ramach nowego cyklu w Muzie: PROJEKT KINO RP. Szczegóły oraz informacje o kolejnych pokazach cyklu znajdziecie TU.

środa, 19 stycznia 2011














Kilka filmów czeka w kolejce na wspomnienie. Pomyślałam, że zrobię wspomnienie zbiorcze, mimo, że filmy nie łączy absolutnie nic, oprócz faktu oglądania ich w ulubionym Kinie Muza w Poznaniu i tego, że oglądałam je w zeszłym roku w okresie jesienno-zimowym.

Najpierw Bazyl. Człowiek z kulą w głowie. Francuska komedia z klimatem, bo autorstwa Jeana-Pierra Jeuneta. Oglądając ją poczułam się jak dziecko i było to bardzo miłe uczucie. A zajrzenie do świata Jeuneta, autora Amelii, Delicatessen i Miasta zaginionych dzieci, jak zwykle było wrażeniem niezapomnianym, choć tym razem nie tak silnym, jak przy pozostałych filmach.

Potem była premiera polskiego filmu Jestem Twój połączona ze spotkaniem z reżyserem, producentem oraz odtwórcami głównych ról. Świetne wydarzenie. Film mocno zapadający w pamięć, dotykający, budzący skrajne odczucia, nakłaniający do refleksji. Mocny i bardzo dobry. Reżyserem, producentem i swoistym spiritus movens filmu jest Mariusz Grzegorzek. W produkcji maczała palce także jego żona - Barbara Grzegorzek. Odtwórcy głównych ról to: Małgorzata Buczkowska-Szlenkier, Mariusz Ostrowski. Niesamowicie było zobaczyć ich wszystkich po filmie i móc z nimi porozmawiać, posłuchać ich własnych wrażeń. Film jest adaptacją sztuki teatralnej Judith Thompson i nie przeczę, że chciałabym sięgnąć do tej lektury.

Pewnego dnia wybrałam się też na Miód produkcji Tureckiej w reżyserii Semiha Kaplanoğlu. Wyciszający, a jednocześnie pełen dramatyzmu fenomenalny i wzruszający obraz relacji między synem, a ojcem, z pięknymi zdjęciami i historią, która tworzy zupełnie inną czasoprzestrzeń.

Na koniec wzięłam się za nadrabianie zaległości i trochę z poczucia obowiązku, a trochę z ciekawości obejrzałam głośny Essential Killing Jerzego Skolimowskiego. I cóż? Lekkie rozczarowanie nieprawdopodobieństwem historii człowieka, a z drugiej strony wiara w opowiedzianą historię i świadomość tego, że nie o prawdopodobieństwo tej historii chodzi. Uczucia mieszane, ale lepsze takie od żadnych?!

O kolejnych filmowych wrażeniach niebawem.

czwartek, 18 listopada 2010






Już jutro zaczyna się 3 MIĘDZYNARODOWY FESTIWAL TWÓRCZOŚCI KOBIET NO WOMEN NO ART. Polecam to wydarzenie wszystkim, zarówno kobietom, jak i mężczyznom. Program znajdziecie tutaj: www.nowomen-noart.pl

Sama kupiłam już bilety na piątek 26 listopada o godz. 19:00 do Kina Muza na premierę filmu Pepperminta Pipilotti Rist i spotkanie z odtwórczynią głównej roli Eweliną Guzik.

Pamiętam, jak kilka lat temu, a dokładniej w 2004 roku w CSW w Warszawie oglądałam wystawę Rist prezentującą jej wideo. Twórczość tej jednej z najważniejszych i najbardziej znanych artystek szwajcarskich zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Pamiętam pracę Sip My Ocean (zarówno obraz jak i dźwięk) i nawet dziś czuję gęsią skórkę na samą myśl o niej. To chyba jedna z najbardziej znanych prac Rist. Zapewne z różnych powodów Rist tak bardzo właśnie wtedy mnie zachwyciła. Jestem ciekawa jak zareaguję na nią tym razem. Jedno jest pewne bardzo się cieszę na ten wieczór. Cenię Rist za prostotę, banalność i kicz, które są u niej tak samo prawdziwe jak prawdziwe jest nasze wnętrze i jak prawdziwe są nasze uczucia, które w tym wnętrzu skrywamy. Cenię Rist za płynne granice, za odwagę i bunt, za soczystość i barwność, oniryczność i terapeutyczność, za zmysłowość i bycie po stronie życia, jakkolwiek absurdalne i szalone by one nie było.

Polecam: www.pepperminta.ch

czwartek, 16 września 2010







Wzięło mnie na książki kulinarne, a właściwie nie kulinarne tak do końca, wszak nie są to książki pełne przepisów i porad kulinarnych, ale są to książki, w których głównym bohaterem jest jedzenie, a tematem pasja przyrządzania. Pewnie to wszystko po części dlatego, że tak naprawdę to od niedawna mam własne garnki i kuchnię i jestem w niej sama i mogę rządzi ile chcę. Pewnie też przez GARNEK AKADEMICKI ZAKWADRANS KULINARNY, który prowadzę w Radiu Afera. Czyli uogólniając wyżywam się kulinarnie na tyle na ile czas, siły i budżet pozwalają. Całkiem naturalnie zatem zaczęłam też objadać się stosowną literaturą.

Przed wakacjami do moich rąk trafiła książka Georganne Brennan Świnia w Prowansji. Dobre jedzenie i proste przyjemności w południowej Francji, którą wydało Wydawnictwo Czarne. Do sięgnięcia po tę książkę zachęciło mnie w dużym stopniu pochlebne słowo Roberta Makłowicza, które można przeczytać na odwrocie książki. Świnia w Prowansji to rzecz bardzo interesująca, napisana przez dziennikarkę i autorkę książek kulinarnych, która urodziła się i wychowała w południowej Kalifornii. Jak łatwo się domyślić Georganne, któregoś dnia postanowiła zmienić swoje życie i zrealizować pewne marzenie - wyjechać, poznać nowy kraj, ludzi, żyć inaczej - bliżej z naturą. W ten sposób w 1970 roku wraz z mężem i córką przeprowadziła się do południowej Francji by w tradycyjny sposób wytwarzać kozi ser, hodować świnie. Zanim jednak zaczęła to wszystko robić musiała się tego przede wszystkim nauczyć, co oczywiście nie było proste. Książka Georganne jest właśnie o poznawaniu wiejskiego życia w Prowansji oraz o poznawaniu tamtejszej kuchni. Autorka zachwyciła się chodzeniem na grzyby, wspólnym biesiadowaniem, a nawet świniobiciem - mocny rozdział, który o tym opowiada, pozostaje na długo w pamięci. Miejscami książka wydawała mi się zbyt amerykańska, ale urzekło mnie to, że nie jest to kolejna tkliwa historia, w której pod pretekstem kuchni, jedzenia i poznawania nowej kultury, mamy wpleciony wątek romansowy. To bez wątpienia książka o jedzeniu. Jedzeniu, które jak pisze Georganne ma moc łączenia ludzi, a sposoby jego przyrządzania regulują naszą codzienność. Atutem Świnii w Prowansji są też przepisy kulinarne. Nie ma ich wiele, jest tyle ile rozdziałów, czyli osiem. Poza tym bardzo spodobały mi się oczywiste, lecz jakoś olśniewające słowa Georganne:

W Prowansji nauczyłam się, że jedzenie to znacznie więcej niż zaspokajanie głodu. Zrozumiałam, że zbieranie, polowanie i uprawianie to część życia wciąż naznaczonego rytmem pór roku, życia, które wiąże ludzi z ziemią i ze sobą nawzajem.

Warto wspomnieć, że po powrocie do Stanów Georganne Brennan wraz z Charlotte Glenn założyła firmę, która zajmuje się dystrybucją nasion, a sama autorka działa w ruchu slow food, prowadzi warsztaty kulinarne w Prowansji i USA i pracuje obecnie nad książką o dorastaniu w Kalifornii w magicznych latach 40 i 50.

Druga książką, po którą sięgnęłam, która także związana jest z kuchnią i jedzeniem i jak się okazało także z Francją, a na dodatek napisała ją również Amerykanka, została niedawno wydana przez Wydawnictwo Literackie. Chodzi o Moje życie we Francji autorstwa Julii Child. Nie będę ukrywać, że do przeczytania książki sprowokował mnie film Julie i Julia, który widziałam z opóźnieniem w stosunku do tego kiedy był pokazywany w kinach. Film, owszem podobał mi się, ale nie zachwycił mnie bardzo. Co innego książka, która okazała się wręcz doskonałym czytadłem, idealnym na początek jesieni. Mimo, że Moje życie we Francji ma prawie pięćset stron płynie się przez tę książkę wręcz cudnie. Julia Child, nieco inna niż w filmie, ujmuje bardziej. Opisy Paryża, paryskich knajpek i serwowanych w nich przysmaków są świetne. No i przede wszystkim subtelny, życiowy humor, który bije z tej książki wraz z bardzo realnym, nieprzerysowanym optymizmem i energią życiową. Po lekturze dosłownie marzę by przeczytać i wypróbować pierwszą książkę kulinarną Julii Child Doskonalenie się we francuskiej sztuce kulinarnej. Ale kiedy książka ta zostanie przełożona na język polski i czy w ogóle? Póki co polecam wszystkim Moje życie we Francji, które przede wszystkim jest niezwykłą opowieścią o życiu pewnej kobiety - Amerykanki, która zupełnie nie potrafiła gotować, ale częściowo pod wpływem pobytu we Francji, postanowiła się w tym doskonalić. A że dzięki temu napisała książkę (i to nie jedną), zaczęła prowadzić program kulinarny w telewizji oraz robić sporą karierę, to już inna część tej przesympatycznej historii ;)

Myślałam, że tu zakończę dzisiejszy post, ale chyba nie może być tak, że piszę o książkach o jedzeniu i nie zarekomenduję żadnego przepisu :) Niech będzie zatem o tym, co dziś zjadłam, a wcześniej ugotowałam na obiad. Średnio to wyrafinowane i mało francuskie - choć w sumie Francuzi bardzo lubią zupy nawet na kolację, trochę amerykańskie - wszak kukurydza w tym daniu króluje, ale przede wszystkim smaczne.

Zupa kukurydziana

Składniki:
2 puszki kukurydzy
cebula lub jak ktoś lubi dwie cebule
ząbek czosnku lub jak ktoś lubi dwa ząbki ;)
oliwa z oliwek
masło
łyżeczka kurkumy
przyprawa chili
1,5 l rosołu


Do garnka wkładamy łyżkę masła i ok. trzech łyżek oliwy z oliwek. Zapalamy mały gaz. Obraną cebulę i czosnek siekamy na małe kawałeczki i wkładamy do garnka by zarumienić na oliwie i maśle. Dodajemy kurkumę, chili i 2/3 osączonej kukurydzy. Mieszamy. Zalewny rosołem i gotujemy około 15 minut. Potem miksujemy i na koniec dodajemy 1/3 kukurydzy, która nam została. Gotujemy jeszcze chwilę. Zupę można jeść z groszkiem ptysiowym i pietruszką. Ciekawie smakuje doprawiona startym parmezanem. To idealna, rozgrzewająca, prosta, szybka i smaczna strawa na zimne jesienne wieczory. Wpadłam na nią, gdy zobaczyłam, że mam pusto w lodówce, a w spiżarce tylko 2 puszki kukurydzy :)

Bon appetit!

poniedziałek, 21 czerwca 2010





W czerwcu zaczęłam cierpieć na dziwne swego rodzaju obżarstwo. Objadam się książkami, filmami, muzyką... a niewiele Wam tu właściwie relacjonuje. Karygodne, ale to chyba po prostu taki czas. W każdym razie obżarstwo trwa nadal.

Już w czwartek wydarzenie, na które czekam od jakiegoś czasu, wernisaż wystawy OKTOGON Romana Opałki, jednego z bliższych mi artystów. Polecam zatem i zapraszam do Art Stations w Poznaniu w Starym Browarze. Wystawa będzie czynna do 12 września, codziennie od 12:00 do 19:00. Więcej informacji o wystawie znajdziecie na: www.artstationsfoundation5050.com

W związku z tym wydarzeniem wybieram się też w środę o godz. 17:30 na film Andrzeja Sapiji Opałka, jedno życie, jedno dzieło, który będzie pokazywany w Słodowni +3.

Przy okazji wystawy i filmu wracam do starych czasów i mam w rękach numer Pisma Kulturalno - Literackiego PRO ARTE poświęcony BIELI. To numer z pomysłem autorskim, który realizowałam wraz z Anitą Jarzyną w 2007 roku. Jest w nim m.in. mój esej o twórczości Romana Opałki pt. OSIEM BIAŁYCH ÓSEMEK. KILKA SŁÓW O TWÓRCZOŚCI ARTYSTY, KTÓRY LICZY. To chyba dobry moment by przypomnieć ten tekst. Oto i on:


1

Artysta wstaje rano i fotografuje swoją twarz. Wkłada czystą taśmę do magnetofonu i włącza nagrywanie. Spokojnym, pewnym krokiem podchodzi do pokrytego równomiernie czarną farbą płótna. Zaczyna malować białą farbą, od samego brzegu, od lewego górnego rogu pola obrazowego. Bardzo starannie i dokładnie.

Pierwsza powstaje mała cyfra jeden. Początek. Inicjacja. Konkretna osobna całość, konkretny osobny oddech artysty. Jednostka. Detal. Ślad. Zapowiedź kolejnych cyfr. Liczenia a może odliczania. Wszystkie cyfry są tej samej wielkości, stoją w jednej linii, blisko siebie. Ściegiem. Od jeden do trzydziestu pięciu tysięcy trzystu dwudziestu siedmiu. Artysta monotonnym, zmęczonym ale wyraźnym głosem mówi. Odczytuje każdą zapisywaną, malowaną cyfrę. Głośne liczenie nie pozwala mu się zagubić w notatce. Pozwala się skupić. Kolejne liczby powstają obok siebie w konkretnym czasie i przestrzeni.

Ceremoniał trwa. Obraz za obrazem. Monotonność modlitwy. Z drobnych, gorliwych, wręcz troskliwych gestów wyłaniają się białe cyfry, cyferki zapisane na płótnie i taśmie magnetofonowej. Cyfry powtarzają się i wymieniają miejscami tworząc nowe liczby. Każdy ruch artysty jest dokładnie przewidziany, zaplanowany, sprawia wrażenie niezawodnie pracującego mechanizmu. Doskonałości. Każda cyfra jest ściśle związana z poprzednią i z następną, która jeszcze się nie pojawiła. Każda z liczb zawiera w sobie, te które już są na obrazie, stając się prologiem dla tych, które dopiero powstaną. Malując liczby w odpowiednim, wyliczonym i jasnym porządku artysta prowadzi dialog przeszłości z przyszłością. Cierpliwie zgłębia idee trwania w czasie. Odstępstwo od reguły nie zostało zaplanowane i nie nastąpi. Pewien jest tylko dalszy ciąg cyfr, ciągłe ich liczenie i dopisywanie. Nic nie może być ujęte, nic naddane.

Co robi artysta gdy nie maluje? Czy liczy? Co dzieje się z chwilami, z czasem, z oddechami, których nie zapisał? Czy ta nie zapisana obecność jest obecnością, czy nieobecnością? Zdaje się być dowodem na niemożność uchwycenia całości. Wszystko to, co możemy zarejestrować, uchwycić, namalować, policzyć, utrwalić, udokumentować to zawsze fragment. Fragment nie powtarzający się, mimo niektórych bliźniaczych podobieństw. Zawsze fragment recycling - jak rzecze poeta. Fragment wielkiej nie dającej się objąć całości. Uniwersum nie ma limitów a wszelkie granice zaciera nasza niemoc pełni. Tworzenie artysty, który liczy trwa nieustannie. Każdy obraz liczony jest dziełem otwartym. Otwartym na ciągłe dopisywanie, domalowywanie. To dzieło skończone nieukończeniem. Obrazy zdają się być detalami całości obecnej nie pełnią obecności. Artysta ciągle kształtuje swoje dzieło i jednocześnie sam ulega zmianie. Zarówno on jak i jego obrazy wpisane są w przestrzeń czasu, w jego upływanie, przemijanie.



1%

Roman Opałka, malarz i rysownik urodzony w 1931 w Abeville we Francji, jeden z najbardziej znanych poza krajem artystów polskich, który brał udział między innymi w Biennale w Sao Paulo (1969 i 1977), Documenta w Kassel (1977) i reprezentował Polskę podczas Biennale w Wenecji (1995), laureat wielu prestiżowych nagród tworzy swoje obrazy liczone od 1965 roku. Towarzyszy im zasada harmonii i permanentnej systematyczności, która pomaga wypełniać artyście zaplanowaną idee progresywnego liczenia.

Obrazy malowane są białym pigmentem na czarnym tle. Każdy z nich ma te same wymiary: 196 x 135 cm. Pędzel zawsze jednakowej wielkości – numer 0. Od 1970 roku każde kolejne tło jest o jeden procent jaśniejsze od poprzedniego. Opałka dodaje biel – to znaczące. Czerń staje się szara. Artysta nagrywa na taśmie magnetofonowej wypowiadanie kolejnych liczb. Codziennie fotografuje swoją twarz precyzyjnie dbając o podobieństwo z poprzednimi jej wizerunkami. Podobna mimika, strój, oświetlenie. Opałka rejestruje, dokumentuje biologiczny proces starzenia się swojego własnego głosu oraz swojej własnej twarzy, którą pokrywa coraz większa ilość zmarszczek. Włosy na głowie artysty stają się coraz bardziej siwe, bielsze. Jego prywatne ciało staje się konkretnym, nieodzownym elementem dzieła. Wydaje się jakby Opałka rozbielając tło dodawał lat także obrazowi. Postarzał go. Biel pisma na obrazie ma zlać się z bielejącym tłem. Roman Opałka poświęcając swoją twórczość jednemu projektowi, jednemu niekończącemu się obrazowi, poświęcając swoje życie idei, pracując niczym średniowieczny skryba, który trzyma się surowych, wytyczonych jasno zasad chce dojść do malowania bielą na bieli. Chce dojść do absolutnej ciszy. Do śmierci. Do pustki. Do kresu.

Od początku pracy nad cyklem artysta pokazuje swoje płótna w ten sam sposób. Konsekwentnie. Wiesza je obok siebie zawsze w takich samych odstępach i na tej samej wysokości. Na ekspozycje nie składają się jednak tylko obrazy. Opałka dołącza fotografie swojej twarzy, z głośników słychać wymawiane przez niego, namalowane na obrazach cyfry, słychać jego liczący głos. Dopełniające się elementy wizualne i foniczne tworzą całość - specyficzną aranżację przestrzenną, swego rodzaju environment.



88888888

Osiem białych ósemek - zdaniem Romana Opałki są one poza zasięgiem możliwości odliczania człowieka. Niemożliwość została wyliczona. Siedem siódemek to ostatnia z liczb będących magiczną sekwencją tych samych cyfr w ilości odpowiadającej danej cyfrze, która osiągalna jest dla człowieka. Podczas prezentacji swoich prac w galerii Atlas Sztuki w Łodzi (10. 10 – 7. 12. 2003) Roman Opałka zaaranżował wnętrze budując przesiąknięty symboliką nieskończoności oktogon, (ośmiobok). Oktogon znany w architekturze – na planie oktogonu powstawały liczne budowle centralne: rotundy, mauzolea i baptysteria – często niesie z sobą znaczenie o charakterze sakralnym. Cyfra osiem w symbolice judeochrześcijańskiej przypisywana jest wieczności. Ściany oktogonu Opałki były tłem dla prezentacji siedmiu obrazów – detali, oraz siedmiu fotografii autora i siedmiu nagranych ścieżek dźwiękowych. Ósmy bok otwierał przestrzeń oktogonu. To bok symboliczny, który miałby wypełnić obraz nieskończoności. Obraz nieosiągalny, ostatni zawierający sekwencję ośmiu białych ósemek. Opałka eksponując w ten sposób swoje obrazy stworzył przestrzeń kojarzącą się z miejscem odnoszącym się do spraw transcendentnych, ze świątynią i z obrazami, które się w niej znajdują – z ikonami.

Dojście do malowania białym na białym kojarzy się jednoznacznie nie tylko z Białym kwadratem na białym tle Kazimierza Malewicza ale także z pisaniem ikon – który to proces powiązany został z twórczością rosyjskiego suprematysty między innymi przez znawcę awangardy – Andrzeja Turowskiego. Zdaje się, że twórczość Romana Opałki również ma coś wspólnego z pisaniem ikon. Pisanie ikony wymaga długiej pracy i odpowiedniego przygotowania. Samodyscypliny i niezliczonych wyrzeczeń, postu. Totalnego skupienia, modlitwy i żarliwej wiary. Ikony powstające w klasztorach Starej Rusi, malowane były przez uprzywilejowanych mnichów, były emanacją bóstwa, które prowadziło rękę twórcy. Materia, z której powstaje święty obraz powinna być naturalnie uzyskiwana, wszystkie elementy do jej stworzenia powinny pochodzić ze świata minerałów i roślin. Ogromne znaczenie ma wybór deski, w którą ikona zostanie wpisana. Technika malowania ikony już od starożytności dzieliła się na dwa sposoby. Pierwszym było malarstwo enkaustyczne, drugim tzw. tempera. Bezpośrednio na drewnie, lub na gruncie pokrytym uprzednio warstwą kleju uzyskiwanego ze skóry królika, który pozwala na lepsze przyleganie farb do gruntu, nakleja się płótno. Klej pozwalający je przytwierdzić zmieszany jest z białym alabastrem lub kredą – lewkas. Biel to lewkas ikony. Podkład ten powinien stać się twardy i dokładnie wypolerowany. Dopiero na nim kreśli się zarys ikony, a potem nakłada farby. Na starannie przygotowanej według receptury czystej bieli. W całości proces powstawania ikony zamyka się w sześciu odsłonach, podobnie jak Heksameron, Symfonia sześciu dni stworzenia. Pierwszym etapem jest właśnie etap przygotowujący podłoże. Oznacza on byt abstrakcyjny tworzony na trwałym materiale (desce) będącym niewzruszoną podstawą. Wybielanie w tym procesie ma znaczenie metafizyczne, jako że biel zawiera w sobie koniec i początek, staje się zapowiedzią. Kolor biały kojarzony z niewinnością, boskością i czystością stosowany jest by przedstawić to co prawosławie nazywa nie – stworzone światłością, światłem jakie ukazał Jezus Piotrowi, Jakubowi i Janowi na Górze Tabor.

W symbolice bieli odkrywamy zapowiedź teozis. Kolor, będący czymś więcej niż tylko elementem dekoracyjnym, odgrywa w ikonografii bizantyjskiej kapitalną rolę. Mając swój własny język, dąży do wyrażenia świata transcendentalnego (M. Quenot, Ikona. Okno ku wieczności, Białystok 1997, s. 74). Biel w ikonie jest pierwszym kolorem i ma wyjątkowe znaczenie. Działa jak milczenie Absolutu. Jest intuicyjną wizją ponad domeną wiedzy. W bieli tworzy się obraz bytu abstrakcyjnego.



1, 2, 3...

Artysta wstaje rano i fotografuje swoją twarz. Wkłada czystą taśmę do magnetofonu i włącza nagrywanie. Spokojnym, pewnym krokiem podchodzi do pokrytego równomiernie czarną farbą płótna. Zaczyna malować białą farbą, od samego brzegu, od lewego górnego rogu pola obrazowego. Bardzo starannie i dokładnie. Pierwsza powstaje mała cyfra jeden.

A może to nie ranek tylko noc? Czas płynie – tylko tego można być pewnym, choć może także nie do końca. Wszystko zaczyna się od braku pewności. Od pragnienia by choć fragment pewności odnaleźć, tej pewności, którą jesteśmy wstanie unieść, którą jest w stanie przyjąć nasze życie, choćby za cenę wielkiego heroizmu i poświęcenia. Odnaleźć pewność, uchwycić ją, urealnić, udokumentować. Zapisać, namalować. Około dwustu płócien - tyle, wedle swych obliczeń, zdoła zapełnić cyframi Roman Opałka do końca swego życia. Ascetyczne, monochromatyczne i monotonne płótna doskonale wyrażają swoje głębokie egzystencjalne przesłanie. Stają się zapisem przemijania. Liczenia i trwania ku bieli.

niedziela, 11 kwietnia 2010





Pamiętam jak w 2008 roku w marcu robiłam spotkanie z Aleksandrem Jurewiczem w Poznaniu. Odbierałam autora z dworca. Wybrał spacer do miasta od przejażdżki taksówką. Szliśmy nieśpiesznie rozmawiając o wielu rzeczach. Pamiętam jak nagle pojawił się nad nami samolot, bardzo nisko - podchodził już do lądowania na Ławicy. Stanęliśmy jak wryci z głowami skierowanymi ku górze. Pamiętam reakcję autora Lidy, który stał w zadziwieniu i szoku nad latającym blaszanym ptakiem. Tak jakby pierwszy raz w życiu widział samolot...

Przez wiele lat widziałam z okien mego domu szykujące się do lądowania samoloty. W nocy przed snem widziałam ich migoczące światła i rozmyślałam o tym i o owym.

Dziś mieszkam tak, że nie obserwuję już samolotów. Rzadko je widzę i właściwie to nawet mi ich brak.

Jest pewien film, bardzo ważny w moim życiu. Mało znany i mało popularny film wybitnego Krzysztofa Kieślowskiego - w marcu minęła 14 rocznica jego śmierci. To PRZYPADEK z rewelacyjną rolą młodego Bogusława Lindy. Film z 1981 roku, który premierę miał dopiero w 1987. Obrazek, który wklejam to kadr z tego filmu. Zaczerpnęłam go z obwoluty świetnej książki, którą bardzo lubię, i która była jedną z inspiracji przy pisaniu mojej pracy magisterskiej: Przypadek. Kategoria egzystencjalna i artystyczna w literaturze i filmie autorstwa dr. Rafała Koschanego. W PRZYPADKU bohater zdąża na pociąg i nie zdąża, pokazane mamy różne wersje wydarzeń. Całość zamknięta jest klamrą, pierwszą i ostatnią sceną, związaną z samolotem...

Dziś nie słucham radia, nie czytam gazet, nie oglądam telewizji. Myślę sobie o samolotach, ludzkich losach i decyzjach, przypadku i przeznaczeniu.

środa, 7 kwietnia 2010






Wczoraj miałam okazję obejrzeć najnowszy film Woodego Allena. W polskiej wersji tytuł filmu to: Co nas kręci, co nas podnieca, tak więc uśmiałam się bardzo dowiadując się o tytule oryginału, który brzmi Whatever works. Ale najbardziej uśmiałam się oglądając sam film.

Może jestem w stosunku do twórczości Allena mało krytyczna, może jest tak, że jemu wolno wszystko i wszystko mu się wybaczy. Nie jest to film, który (jak sugeruje plakat) porównałabym do fenomenalnego VICKY CRISTINA BARCELONA, ale na pewno warto nowego Allena obejrzeć.

Polecam w dzień powszedni, po całym dniu męczącej pracy, rozsiąść się z czymś dobrym do chrupania i czymś dobrym do popijania w wygodnym kinowym fotelu, rozluźnić mięśnie i dać się porwać zabawnej, teatralnie sfilmowanej historii, która dotyczy oczywiście mężczyzny pod wieloma względami podobnego do większości głównych bohaterów u Allena, momentami łudząco podobnych do niego samego...

Whatever works osobom sceptycznie podchodzącym do filmów Woodego Allena, zdecydowanie odradzam ;)

środa, 17 marca 2010



Marta Deskur


Magdalena Moskwa


Od 5 marca pokazywana jest w CK Zamek w Poznaniu wystawa Sukienka, na której oglądać można prace współczesnych polskich artystów m.in. Zbigniewa Libery, Anny Baumgart, Jadwigi Sawickiej, czy Marty Deskur. Wystawa ta wyprodukowana przez Mazowieckie Centrum Sztuki Współczesnej Elektrownia w Radomiu była pokazywana tam właśnie od listopada 2009 do stycznia 2010. Kuratorką jest Agnieszka Gniotek. Temat?

Na stronach CK Zamek czytamy: Strój kobiet wyróżniał je i nadal wyróżnia w rożnych kontekstach kulturowych, życiowych i rodzinnych. Często jest to deprecjonujące, ale też często nobilitujące. W niektórych kulturach strój pełni także rolę ochronną kobiety. Odmiennie też jest postrzegany w rożnych kulturach.

Zatem strój jako ograniczenie, strój jako wolność. Strój element tresury, strój element ochrony. Wyraz osobowości, alienacji, bezosobowości. Sukienka - fetysz pełen znaczeń.

Najbardziej podobały mi się dwie prace. Welon to moje włosy - świetne, zmysłowe video Marty Deskur oraz projekty ubiorów-obiektów Magdaleny Moskwy, które przywodzą na myśl surowe kaftany bezpieczeństwa.

Wystawę można oglądać do 25 kwietnia. Polecam gorąco i zapraszam na stronę: www.sukienka-art.pl

sobota, 6 marca 2010



Gdy usłyszałam tytuł pomyślałam: ojej, film był kręcony u nas w domu, czy może do nas wszyscy przyjdą na seans? ;)

Świeży, orzeźwiający, młodzieńczy. Nie jest super oryginalny, ale z łatwością mu to wybaczam. Jest lekki i niesie dużo pociechy. Aż znowu chciało by się być studentem i jednocześnie wcale nie ;) Z łatwością zaprzyjaźniamy się z głównymi bohaterami, którzy są przekonujący i mają w sobie dużo wdzięcznego bałaganu. Ścieżka dźwiękowa z filmu - genialna! Z kina wychodzi się z uśmiechem na twarzy.

wtorek, 9 lutego 2010









Po Czystych, nieczystych wydawnictwo W.A.B. opublikowało powieść Sidonie-Gabrielle Colette Cheri. Sięgnęłam ochoczo. Nie ma to jak na lutowe mrozy gorący romans z belle epoque. Soczysty język i piękne długie zdania, potoczyste opisy i świetne dialogi. No i paryska moda z pierwszej połowy ubiegłego wieku! Kobiece zwyczaje i obyczaje.

Mimo, że w tej skromnych rozmiarów powieści mamy do czynienia z dość przewidywalną fabułą to jednocześnie poznajemy przekonującą bohaterkę - Leę - luksusową damę do towarzystwa, która jest dojrzałą i doświadczoną kobietą i której rys psychologiczny został świetnie naszkicowany przez Colette.

To, co zdaje się w tej książce wyjątkowo ciekawe, to właśnie zawód kurtyzany i jego rola oraz miejsce w społeczeństwie. Podczas lektury spotkały mnie liczne refleksje na temat tego jak ten zawód wyglądał kiedyś i jak wygląda obecnie. Lea bowiem to kobieta wykształcona, obyta w świecie, mająca świetne obyczaje, majętna i wyznaczająca gusta, prorokująca modę. Jest to też kobieta, która lęka się starości i z całej siły goni za młodością.

Już niebawem w kinach będzie można obejrzeć film w reżyserii Stephena Frearsa z Michelle Pfeiffer w roli Lei. Książka wydana w zręcznym formacie z fotosami z filmu sprawia, że mam lekkie obawy, co do tego, czy film mnie przekona. Dostępny jest też audiobook gdzie Cheri czyta Anna Dreszczowska. Ja zalecam czytanie samodzielne, przy filiżance dobrej kawy lub kieliszku lekkiego, dobrze schłodzonego białego wina. Książka przekonuje i sprawia wiele radości, a o tytułowym Cheri u mnie nie będzie ani słowa ;)

p.s. Powyżej zdjęcia samej Sidonie-Gabrielle Colette.

sobota, 30 stycznia 2010





Kinowy weekend i dwa hhihihi... cudaczne filmy! Oba polecam gorąco i zalecam nie czytanie zbyt wiele o filmach przed ich obejrzeniem ;)

czwartek, 21 stycznia 2010





Od dziś do 7 lutego w Galerii PRZYCHODNIA można oglądać wystawę "Koniec kasety", której kuratorką jest Wiktoria Szczupacka i której część wizualna sprowadzona jest do minimum, bo jednak głównie chodzi o słuchanie. Wyczytać można, że "podstawę projektu stanowią, przygotowane specjalnie na wystawę słuchowiska odtwarzane z kaset magnetofonowych. Na wystawie można usłyszeć realizacje muzyczne, nagrania o formie zbliżonej do radiowych audycji, a także opowieści osób związanych z kasetami. Słuchowiska oscylują wokół takich zagadnień jak muzyka, historia, technologia, kultura, forma i funkcja kaset; pojawia się także wiele prywatnych opowieści".

Więcej o wystawie "Koniec kasety" można jeszcze doczytać tutaj: www.galeriaprzychodnia.pl. Dziś odbywa się wernisaż tego wydarzenia, na który niestety nie udało mi się dotrzeć, ale motyw kasety jest bliski memu sercu. Pamiętam dokładnie pierwsze odkładane pieniądze (13 tysięcy złotych!) na (oryginalną? nieoryginalną?) kasetę Michaela Jacksona "Dangerous".

Z kasetami wiąże się u mnie ostatnio coś jeszcze. Byłam w kinie na świetnym, zbierającym liczne pochlebne recenzje i wyróżnienia filmie "Wszystko co kocham" Jacka Borcucha, który jako reżyser jest znany także z filmu "Tulipany". Wspominam o "Tulipanach" dlatego, bo ten film dość ciekawie mnie ujął, a szczególnie muzyka Daniela Blooma, którego Borcuch zaprosił także do współpracy przy "Wszystko co kocham". Blooma co prawda nie słychać w najnowszym filmie zbyt wiele, ale film muzyczny jest mocno. Muzyczny, morski i punkrockowy.

Akcja toczy się w latach 80-tych w Polsce, ale nie mamy tu do czynienia z dobrze znaną martyrologią stanu wojennego. To tamten czas, ale trochę z innej perspektywy i przez to może mniej przyciężkawy. Może bardziej autentyczny, a przy tym jednocześnie ciągle poważny. Chciałoby się powiedzieć, że Borcuch opowiada prostą i banalną historię. Że może jak na tamten czas zbyt jasną i piękną. Ale jednocześnie trudno stwierdzić, że mamy do czynienia z czymś naiwnym. Trudno oprzeć się artystycznej spójności, świetnej grze aktorskiej, celnym kadrom. Zwykłości pokazanej niezwykle. Bardzo podobają mi się słowa Pawła T. Felisa, który napisał o tym filmie w następujący sposób: "...trzeba wrażliwości i sprawnego rzemiosła, by zrobić film tak lekki i jednocześnie niebłahy, zabawny i całkiem serio. Borcuch nie boi się mówić o tym, co najprostsze, szyje fabułę nićmi tak delikatnymi, że łatwo posądzić go o banał. Ale to akurat bzdura: zamiast bohaterów z nostalgicznej pocztówki mamy we "Wszystko co kocham" ludzi z krwi i kości. Z ich kapitalną energią i zachłannością na życie, z beztroską brawurą i - gdy sytuacja wymyka się z rąk - bezradnością".

Zarówno film jak i wystawę polecam wszystkim tym, którzy mają jeszcze w domu stare kasety magnetofonowe i tak jak na przykład ja nie mają już sprzętu, żeby je odsłuchać, ale nie mogą się z nimi rozstać. Mają kasety na których nagrywali kawałki puszczane w radiu, w nocnych audycjach słuchanych w łóżku z dwukasetowym jamnikiem przy uchu ;)

piątek, 15 stycznia 2010



Nadrabianie filmowych zaległości z zeszłego roku trwa. Ostatnio "Zapaśnik" Darrena Aronofsky'ego z Mickey Rourkiem w roli głównej. Opierałam się trochę temu filmowi. Boję się Aronofsky'ego. Nie lubię filmów z krwawą jatką. Nie znoszę boksu. Ale jednak obejrzałam.

Film był dużym zaskoczeniem, choć przecież momentami wydawał się konwencjonalny. Całość zasługuje na uwagę głównie ze względu na świetną grę aktorską, a może właściwie bycie sobą - Rourke. Podobało mi się połączenie dwóch wątków: podstarzałego udającego walkę na ringu faceta z wątkiem dojrzałej striptizerki dla której scena była również ringiem, gdzie udaje. Wydaje się, że oboje chcieliby (lub muszą) swoją pracę rzucić i zacząć nowe, inne i lepsze życie. Dla obu jednak wyjście z beznadziejnej sytuacji, w której się znajdują nie jest takie proste.

Film bez happy endu, ale też bez jednoznacznego zakończenia. Przygnębiający, refleksyjny i smutny. Prawdziwy, w przeciwieństwie do zasad samego wrestlingu i innych filmów o bokserach.

wtorek, 5 stycznia 2010



Pierwsze dni nowego roku upływają mi m.in. na nadrabianiu zaległości kinowych. Oglądam filmy, których w kinie w 2009 roku z różnych przyczyn nie udało mi się zobaczyć. Oczywiście aura jaką mamy za oknem sprzyja temu zajęciu. Nie ma to jak opatulić się kołdrą w ciepłym łóżku z kubkiem czegoś smacznego do picia i odpłynąć na chwilę w inną rzeczywistość.

Zacznę od filmu o tytule "Wątpliwość". Wyreżyserował go według scenariusza własnej sztuki John Patrick Shanley. Sztuka z 2003 roku, która wystawiana była na Broadwayu ponad 500 razy doczekała się ekranizacji. Notabene jej inscenizację w reż. Piotra Cieplaka można było oglądać w warszawskim Teatrze Polonia Krystyny Jandy w 2007 roku.

Film, co chyba nie powinno zbytnio dziwić - a przynajmniej mi nie przeszkadzało - uderza teatralnością. Jego największą siłą jest wybitne aktorstwo. Meryl Streep jako siostra Aloysius, Philip Seymour Hoffman wcielający się w rolę ojca Flynna dają popis swoich umiejętności i talentu. Trudno się im oprzeć. Są tak przekonujący, że napięcie, które rodzi się między nimi udziela się także widzowi. Zapewne duża w tym rola samego scenariusza, niebanalnej i niejednoznacznej sztuki, swego rodzaju bazy, która umożliwia aktorom osiągnięcie tego typu efektu. Film skonstruowany jest na zapadających w pamięć dialogach, na takich drobiazgach jak: gesty, mimika, rekwizyty, szczegóły wyglądu, codzienne i niecodzienne rytuały.

To co mnie ogromnie ujęło to fakt, iż całość zostaje w głowie na bardzo długo. Poruszony w filmie problem sprawia, że obrastamy w refleksje nad szybkim ocenianiem ludzi, obmową ich, nad walką płci i ras, oraz nad zhierarchizowaną strukturą kościoła. Warto obejrzeć, doświadczyć wątpliwości.

wtorek, 29 grudnia 2009





Dałam się wciągnąć i obejrzałam "Avatara". Mimo, że fabuła dość oczywista, to przyznaję, że film bardzo mi się podobał. Było coś bajecznie i naiwnie wciągającego w niektórych wątkach tej historii, jak na przykład łączenie się ze zwierzętami poprzez włosy, nie tyle usidlanie ich i oswajanie, co odnajdywanie "drugiej połowy", z którą dalej komunikować można się bez słów. Wspomnę może jeszcze o krainie wiszących gór oraz o świetlistym drzewie-Bogini, poprzez które słychać głosy umarłych. Efekty sprawiły, że poczułam się jak mała dziewczynka siedząca w kinie, jak na szpilkach z rozdziawioną buzią i szeroko otwartymi oczyma :)

sobota, 12 grudnia 2009



Z wielka ochotą wybrałam się na film Guillermo Arriaga autora scenariuszy do takich filmów jak: "Amores Perros", "21 gram" oraz "Babel". "Granice miłości", bo tak brzmi polskie tłumaczenie filmu pt. "Burning Plain" to film, który konstrukcyjnie przypomina słynny tryptyk Alejandro Gonzaleza Inarritu. Tym razem Arriga jest autorem zarówno scenariusza jak i reżyserem (tutaj ma swój debiut).

"Burning Plain" to przejmująca historia kobiet w różnym wieku, z których każda przeżywa własną, osobną tragedię. Mamy dojrzałą kobietę, która wygrała walkę z rakiem jednak jej małżeństwo straciło płomień, zatem pełna wyrzutów sumienia oddaje się w ręce kochanka. Poznajemy nastolatkę odpowiedzialną za tragiczną śmierć matki. Obserwujemy życie młodej i samotnej menadżerki restauracji, która szuka ukojenia w kontaktach z przypadkowo poznanymi mężczyznami. Przedstawiona jest nam także mała dziewczynka, porzucona przez rodzicielkę i samotnie wychowywana przez ojca. Wszystkie cztery kobiety przeżywają swoją traumę związaną z miłością. Wszystkie te losy opowiadane niechronologicznie w pewnym momencie łączą się w jeden.

Tak więc znów mamy pozornie nie związane z sobą postacie, których historie z biegiem czasu przeplatają się, dopełniają. Jednak sprawdzony klucz tym razem jakby nie do końca zadziałał.

Wszystko podane zostało w dużo bardziej delikatnym sosie, lekko przewidywalnym. Nie ma powalającej gry aktorskiej, nie ma zostającej w uszach muzyki. Opowieść zastanawia, ale jakby zabrano widzowi możliwość interpretacji. Całość zbyt szybko i idealnie układa się w układankę, w której nie brakuje żadnych elementów, nie ma też żadnych mniej wyraźnych fragmentów, nad którymi można by się pogłowić. Charaktery i uosobienie poszczególnych bohaterów mamy właściwie podane na tacy dość szybko.

Zabrakło drapieżności, dynamizmu i niedopowiedzeń. Gdy znamy już rozwiązanie historii przestaje ona fascynować, czego zapewne nie można powiedzieć o wcześniejszych filmach, do których Guillermo Arriaga pisał scenariusz.

środa, 9 grudnia 2009



Trudno napisać o tym filmie, napisać krótko żeby nie przegadać. Po tym wszystkim, co było już napisane i przegadane w prasie, telewizji, radiu. To film z klasą, jakich w Polskim kinie ostatnio mało. Opowieść skrojona świetnie, aktorstwo jak życie - uwodzące, kobiece role - owacje na stojąco. Muzyka płynie w uszach do dziś, choć film widziany kilka dni temu. Interpretacje snują się w głowie ciągle nowe.

Warto zobaczyć - wiele zostaje na dłużej.

środa, 18 listopada 2009



Jest coś, co robię co roku. Zawsze jesienią lub zimą. Trwa to trzy dni. Zajmuje trochę czasu i przysparza ciągle emocji. To oglądanie wersji reżyserskich "Władcy Pierścieni" Petera Jacksona. Wszystkie trzy części: "Drużyna Pierścienia", "Dwie Wieże", "Powrót Króla". Klasyka. Co roku towarzyszy mi śmiech i łzy. Nigdy nie zasypiam i nigdy się nie nudzę. Zawsze cieszę się jak dziecko, gdy przychodzi czas tych trzech dni :)

czwartek, 12 listopada 2009


Już od poniedziałku rusza w Poznaniu druga edycja Festiwalu Twórczości Kobiet No Women No Art. To impreza, której nie wolno przegapić i której szczerze kibicuję z różnych względów :)

Podczas festiwalu polecam spotkanie wokół książki "Marlene" Angeliki Kuźniak 17 listopada o godz. 18:00 w Księgarni Bookarest. O innych wydarzeniach poczytać można na przykład tutaj: www.nowomen-noart.pl. Odsyłam też do wywiadu z Aśką Stankiewicz - dyrektorką festiwalu i założycielką Ośrodka Rozwoju Osobistego Kobiet BABILĄD. Rozmowę można było przeczytać w dzisiejszym wydaniu GW i oczywiście tutaj: Uwaga! Nagły Atak Kobiet.

Polecam oczywiście nie tylko kobitkom ;)

sobota, 17 października 2009


"Przerwane objęcia" (Los abrazos rotos) to historie: kina, romansu, przyjaźni, pasji i miłości. Humor, kicz i śmierć, a wszystko to w świetnych kadrach i kolorach. Składanie elementów życiowej układanki niczym składanie podartych zdjęć. Almodovar w dobrej formie.