Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fotografia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fotografia. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 23 stycznia 2011



Ogrody Tuileries, dzieci i łódki.


Zacisze nad Sekwaną.


Ogrody Tuileries, autoportret.



Dziś w nocy zupełnie surrealistycznie śniła mi się Wieża Eiffla. Przypomniała o pewniej tęsknocie. Pragnieniu. Czas na wspomnienie, lekko wyblakłe zdjęcia z września 2001 roku, które sprawiają, że moje serducho bije szybciej.

niedziela, 25 lipca 2010



Stylem czytającym


Cisza


Zamek

sobota, 24 lipca 2010







Deszcz pieści dziś Poznań, który smażył się w upale od kilku tygodni. Miałam dziś zamieścić tutaj pocztówki z wakacji, ale będzie scenka rodzajowa, którą obserwowałam z kuchennego okna, dziś przy późnym śniadaniu. Nie ma to jak deszczówką umyć i podlać domowe kwiaty, i to z jakim ciśnieniem :)

p.s. trochę wstyd mi za to podglądactwo, ale sąsiad był uroczy :)

niedziela, 27 czerwca 2010

W drodze do Białogóry.


Żarnowiec, Kompleks Kościelno - Klasztorny, kościół ss. Benedyktynek (pierwotnie cysterek).


Białogóra - las w drodze nad morze.


Białogóra - u szczytu celu.


Bałtyk.


Tłumy w Białogórze ;)

czwartek, 24 czerwca 2010





Już jutro rano przedsmak wakacji, czyli tzw. osobisty i prywatny długi weekend - jedziemy nad morze. Cieszę się nawet na samą myśl o PKP ;) Tym razem odwiedzimy Białogórę - kaszb. Biôło Gòra lub też Biôłô Góra, niem. Wittenberg. To wieś kaszubska położona w Nadmorskim Parku Krajobrazowym pomiędzy Karwią a Łebą, nad otwartym morzem bałtyckim. Miejscowość rozciąga się na skraju Wierzchucińskich Błot, oddzielona od plaży 800-metrowym pasem lasu sosnowego. Las jest przedziwny i przepiękny. Szerokie piaszczyste plaże. Wiatr i wicher, malownicze ruchome wydmy. Cisza i spokój. Mała pustynia. Poza tym niedaleko miejscowości znajduje się rezerwat Białogóra (pow. 211,07 ha), który chroni fragmenty nadmorskiego lasu bagiennego oraz boru bażynowego. Oczywiście będę robić foty, łapać słońce, spacerować, biegać (tak, tak!) no i czytać! Ślinka mi cieknie na samą myśl o tym, że skosztuję już jutro złociście wysmażonej, świeżej ryby... czuję, że jeśli będzie to kergulena to chyba poczuję, że jestem w raju :) I jak tu zasnąć?

poniedziałek, 21 czerwca 2010





W czerwcu zaczęłam cierpieć na dziwne swego rodzaju obżarstwo. Objadam się książkami, filmami, muzyką... a niewiele Wam tu właściwie relacjonuje. Karygodne, ale to chyba po prostu taki czas. W każdym razie obżarstwo trwa nadal.

Już w czwartek wydarzenie, na które czekam od jakiegoś czasu, wernisaż wystawy OKTOGON Romana Opałki, jednego z bliższych mi artystów. Polecam zatem i zapraszam do Art Stations w Poznaniu w Starym Browarze. Wystawa będzie czynna do 12 września, codziennie od 12:00 do 19:00. Więcej informacji o wystawie znajdziecie na: www.artstationsfoundation5050.com

W związku z tym wydarzeniem wybieram się też w środę o godz. 17:30 na film Andrzeja Sapiji Opałka, jedno życie, jedno dzieło, który będzie pokazywany w Słodowni +3.

Przy okazji wystawy i filmu wracam do starych czasów i mam w rękach numer Pisma Kulturalno - Literackiego PRO ARTE poświęcony BIELI. To numer z pomysłem autorskim, który realizowałam wraz z Anitą Jarzyną w 2007 roku. Jest w nim m.in. mój esej o twórczości Romana Opałki pt. OSIEM BIAŁYCH ÓSEMEK. KILKA SŁÓW O TWÓRCZOŚCI ARTYSTY, KTÓRY LICZY. To chyba dobry moment by przypomnieć ten tekst. Oto i on:


1

Artysta wstaje rano i fotografuje swoją twarz. Wkłada czystą taśmę do magnetofonu i włącza nagrywanie. Spokojnym, pewnym krokiem podchodzi do pokrytego równomiernie czarną farbą płótna. Zaczyna malować białą farbą, od samego brzegu, od lewego górnego rogu pola obrazowego. Bardzo starannie i dokładnie.

Pierwsza powstaje mała cyfra jeden. Początek. Inicjacja. Konkretna osobna całość, konkretny osobny oddech artysty. Jednostka. Detal. Ślad. Zapowiedź kolejnych cyfr. Liczenia a może odliczania. Wszystkie cyfry są tej samej wielkości, stoją w jednej linii, blisko siebie. Ściegiem. Od jeden do trzydziestu pięciu tysięcy trzystu dwudziestu siedmiu. Artysta monotonnym, zmęczonym ale wyraźnym głosem mówi. Odczytuje każdą zapisywaną, malowaną cyfrę. Głośne liczenie nie pozwala mu się zagubić w notatce. Pozwala się skupić. Kolejne liczby powstają obok siebie w konkretnym czasie i przestrzeni.

Ceremoniał trwa. Obraz za obrazem. Monotonność modlitwy. Z drobnych, gorliwych, wręcz troskliwych gestów wyłaniają się białe cyfry, cyferki zapisane na płótnie i taśmie magnetofonowej. Cyfry powtarzają się i wymieniają miejscami tworząc nowe liczby. Każdy ruch artysty jest dokładnie przewidziany, zaplanowany, sprawia wrażenie niezawodnie pracującego mechanizmu. Doskonałości. Każda cyfra jest ściśle związana z poprzednią i z następną, która jeszcze się nie pojawiła. Każda z liczb zawiera w sobie, te które już są na obrazie, stając się prologiem dla tych, które dopiero powstaną. Malując liczby w odpowiednim, wyliczonym i jasnym porządku artysta prowadzi dialog przeszłości z przyszłością. Cierpliwie zgłębia idee trwania w czasie. Odstępstwo od reguły nie zostało zaplanowane i nie nastąpi. Pewien jest tylko dalszy ciąg cyfr, ciągłe ich liczenie i dopisywanie. Nic nie może być ujęte, nic naddane.

Co robi artysta gdy nie maluje? Czy liczy? Co dzieje się z chwilami, z czasem, z oddechami, których nie zapisał? Czy ta nie zapisana obecność jest obecnością, czy nieobecnością? Zdaje się być dowodem na niemożność uchwycenia całości. Wszystko to, co możemy zarejestrować, uchwycić, namalować, policzyć, utrwalić, udokumentować to zawsze fragment. Fragment nie powtarzający się, mimo niektórych bliźniaczych podobieństw. Zawsze fragment recycling - jak rzecze poeta. Fragment wielkiej nie dającej się objąć całości. Uniwersum nie ma limitów a wszelkie granice zaciera nasza niemoc pełni. Tworzenie artysty, który liczy trwa nieustannie. Każdy obraz liczony jest dziełem otwartym. Otwartym na ciągłe dopisywanie, domalowywanie. To dzieło skończone nieukończeniem. Obrazy zdają się być detalami całości obecnej nie pełnią obecności. Artysta ciągle kształtuje swoje dzieło i jednocześnie sam ulega zmianie. Zarówno on jak i jego obrazy wpisane są w przestrzeń czasu, w jego upływanie, przemijanie.



1%

Roman Opałka, malarz i rysownik urodzony w 1931 w Abeville we Francji, jeden z najbardziej znanych poza krajem artystów polskich, który brał udział między innymi w Biennale w Sao Paulo (1969 i 1977), Documenta w Kassel (1977) i reprezentował Polskę podczas Biennale w Wenecji (1995), laureat wielu prestiżowych nagród tworzy swoje obrazy liczone od 1965 roku. Towarzyszy im zasada harmonii i permanentnej systematyczności, która pomaga wypełniać artyście zaplanowaną idee progresywnego liczenia.

Obrazy malowane są białym pigmentem na czarnym tle. Każdy z nich ma te same wymiary: 196 x 135 cm. Pędzel zawsze jednakowej wielkości – numer 0. Od 1970 roku każde kolejne tło jest o jeden procent jaśniejsze od poprzedniego. Opałka dodaje biel – to znaczące. Czerń staje się szara. Artysta nagrywa na taśmie magnetofonowej wypowiadanie kolejnych liczb. Codziennie fotografuje swoją twarz precyzyjnie dbając o podobieństwo z poprzednimi jej wizerunkami. Podobna mimika, strój, oświetlenie. Opałka rejestruje, dokumentuje biologiczny proces starzenia się swojego własnego głosu oraz swojej własnej twarzy, którą pokrywa coraz większa ilość zmarszczek. Włosy na głowie artysty stają się coraz bardziej siwe, bielsze. Jego prywatne ciało staje się konkretnym, nieodzownym elementem dzieła. Wydaje się jakby Opałka rozbielając tło dodawał lat także obrazowi. Postarzał go. Biel pisma na obrazie ma zlać się z bielejącym tłem. Roman Opałka poświęcając swoją twórczość jednemu projektowi, jednemu niekończącemu się obrazowi, poświęcając swoje życie idei, pracując niczym średniowieczny skryba, który trzyma się surowych, wytyczonych jasno zasad chce dojść do malowania bielą na bieli. Chce dojść do absolutnej ciszy. Do śmierci. Do pustki. Do kresu.

Od początku pracy nad cyklem artysta pokazuje swoje płótna w ten sam sposób. Konsekwentnie. Wiesza je obok siebie zawsze w takich samych odstępach i na tej samej wysokości. Na ekspozycje nie składają się jednak tylko obrazy. Opałka dołącza fotografie swojej twarzy, z głośników słychać wymawiane przez niego, namalowane na obrazach cyfry, słychać jego liczący głos. Dopełniające się elementy wizualne i foniczne tworzą całość - specyficzną aranżację przestrzenną, swego rodzaju environment.



88888888

Osiem białych ósemek - zdaniem Romana Opałki są one poza zasięgiem możliwości odliczania człowieka. Niemożliwość została wyliczona. Siedem siódemek to ostatnia z liczb będących magiczną sekwencją tych samych cyfr w ilości odpowiadającej danej cyfrze, która osiągalna jest dla człowieka. Podczas prezentacji swoich prac w galerii Atlas Sztuki w Łodzi (10. 10 – 7. 12. 2003) Roman Opałka zaaranżował wnętrze budując przesiąknięty symboliką nieskończoności oktogon, (ośmiobok). Oktogon znany w architekturze – na planie oktogonu powstawały liczne budowle centralne: rotundy, mauzolea i baptysteria – często niesie z sobą znaczenie o charakterze sakralnym. Cyfra osiem w symbolice judeochrześcijańskiej przypisywana jest wieczności. Ściany oktogonu Opałki były tłem dla prezentacji siedmiu obrazów – detali, oraz siedmiu fotografii autora i siedmiu nagranych ścieżek dźwiękowych. Ósmy bok otwierał przestrzeń oktogonu. To bok symboliczny, który miałby wypełnić obraz nieskończoności. Obraz nieosiągalny, ostatni zawierający sekwencję ośmiu białych ósemek. Opałka eksponując w ten sposób swoje obrazy stworzył przestrzeń kojarzącą się z miejscem odnoszącym się do spraw transcendentnych, ze świątynią i z obrazami, które się w niej znajdują – z ikonami.

Dojście do malowania białym na białym kojarzy się jednoznacznie nie tylko z Białym kwadratem na białym tle Kazimierza Malewicza ale także z pisaniem ikon – który to proces powiązany został z twórczością rosyjskiego suprematysty między innymi przez znawcę awangardy – Andrzeja Turowskiego. Zdaje się, że twórczość Romana Opałki również ma coś wspólnego z pisaniem ikon. Pisanie ikony wymaga długiej pracy i odpowiedniego przygotowania. Samodyscypliny i niezliczonych wyrzeczeń, postu. Totalnego skupienia, modlitwy i żarliwej wiary. Ikony powstające w klasztorach Starej Rusi, malowane były przez uprzywilejowanych mnichów, były emanacją bóstwa, które prowadziło rękę twórcy. Materia, z której powstaje święty obraz powinna być naturalnie uzyskiwana, wszystkie elementy do jej stworzenia powinny pochodzić ze świata minerałów i roślin. Ogromne znaczenie ma wybór deski, w którą ikona zostanie wpisana. Technika malowania ikony już od starożytności dzieliła się na dwa sposoby. Pierwszym było malarstwo enkaustyczne, drugim tzw. tempera. Bezpośrednio na drewnie, lub na gruncie pokrytym uprzednio warstwą kleju uzyskiwanego ze skóry królika, który pozwala na lepsze przyleganie farb do gruntu, nakleja się płótno. Klej pozwalający je przytwierdzić zmieszany jest z białym alabastrem lub kredą – lewkas. Biel to lewkas ikony. Podkład ten powinien stać się twardy i dokładnie wypolerowany. Dopiero na nim kreśli się zarys ikony, a potem nakłada farby. Na starannie przygotowanej według receptury czystej bieli. W całości proces powstawania ikony zamyka się w sześciu odsłonach, podobnie jak Heksameron, Symfonia sześciu dni stworzenia. Pierwszym etapem jest właśnie etap przygotowujący podłoże. Oznacza on byt abstrakcyjny tworzony na trwałym materiale (desce) będącym niewzruszoną podstawą. Wybielanie w tym procesie ma znaczenie metafizyczne, jako że biel zawiera w sobie koniec i początek, staje się zapowiedzią. Kolor biały kojarzony z niewinnością, boskością i czystością stosowany jest by przedstawić to co prawosławie nazywa nie – stworzone światłością, światłem jakie ukazał Jezus Piotrowi, Jakubowi i Janowi na Górze Tabor.

W symbolice bieli odkrywamy zapowiedź teozis. Kolor, będący czymś więcej niż tylko elementem dekoracyjnym, odgrywa w ikonografii bizantyjskiej kapitalną rolę. Mając swój własny język, dąży do wyrażenia świata transcendentalnego (M. Quenot, Ikona. Okno ku wieczności, Białystok 1997, s. 74). Biel w ikonie jest pierwszym kolorem i ma wyjątkowe znaczenie. Działa jak milczenie Absolutu. Jest intuicyjną wizją ponad domeną wiedzy. W bieli tworzy się obraz bytu abstrakcyjnego.



1, 2, 3...

Artysta wstaje rano i fotografuje swoją twarz. Wkłada czystą taśmę do magnetofonu i włącza nagrywanie. Spokojnym, pewnym krokiem podchodzi do pokrytego równomiernie czarną farbą płótna. Zaczyna malować białą farbą, od samego brzegu, od lewego górnego rogu pola obrazowego. Bardzo starannie i dokładnie. Pierwsza powstaje mała cyfra jeden.

A może to nie ranek tylko noc? Czas płynie – tylko tego można być pewnym, choć może także nie do końca. Wszystko zaczyna się od braku pewności. Od pragnienia by choć fragment pewności odnaleźć, tej pewności, którą jesteśmy wstanie unieść, którą jest w stanie przyjąć nasze życie, choćby za cenę wielkiego heroizmu i poświęcenia. Odnaleźć pewność, uchwycić ją, urealnić, udokumentować. Zapisać, namalować. Około dwustu płócien - tyle, wedle swych obliczeń, zdoła zapełnić cyframi Roman Opałka do końca swego życia. Ascetyczne, monochromatyczne i monotonne płótna doskonale wyrażają swoje głębokie egzystencjalne przesłanie. Stają się zapisem przemijania. Liczenia i trwania ku bieli.

środa, 2 czerwca 2010





2 czerwca to wyjątkowo szczęśliwa dla mnie data. Obchodzę dziś dwie rocznice. Jedną z nich jest rok od pierwszego postu na ZAPATRZENIACH. Skrobię sobie tutaj i mam z tego przyjemność. Zapatrzam się ciągle i nie każde zapatrzenie zapisuję, nie zawsze zdążę, nie zawsze mam odwagę, nie zawsze znajduję słowa. Ale rok minął miło i szybko. O innych rocznicach tutaj na razie ani mru mru ;)

Żeby rozwiać wątpliwości zdjęcie powyżej to mój pierwszy autoportret, który zrobiłam ze statywu i wywołałam w łazienkowej ciemni dawno, dawno temu. Odbitkę potraktowałam trochę pastelami olejnymi. Lubię tę fotę.

środa, 26 maja 2010





Powoli zaczynają docierać pierwsze pozdrowienia wakacyjne od przyjaciół. W dość niekonwencjonalny sposób otrzymałam powyższą pocztówkę. Ale nie o sposobie ma być, lecz o kartce. Egipt, Giza - Piramidy. Jednakże pierwszy plan jest zdominowany przez coś, a raczej kogoś zupełnie innego. Piękna kartka. Cudo. Dawno nic mnie tak nie rozbawiło ;)

Ciekawe skąd ja w tym roku wyślę wakacyjne pozdrowienia?

niedziela, 11 kwietnia 2010





Pamiętam jak w 2008 roku w marcu robiłam spotkanie z Aleksandrem Jurewiczem w Poznaniu. Odbierałam autora z dworca. Wybrał spacer do miasta od przejażdżki taksówką. Szliśmy nieśpiesznie rozmawiając o wielu rzeczach. Pamiętam jak nagle pojawił się nad nami samolot, bardzo nisko - podchodził już do lądowania na Ławicy. Stanęliśmy jak wryci z głowami skierowanymi ku górze. Pamiętam reakcję autora Lidy, który stał w zadziwieniu i szoku nad latającym blaszanym ptakiem. Tak jakby pierwszy raz w życiu widział samolot...

Przez wiele lat widziałam z okien mego domu szykujące się do lądowania samoloty. W nocy przed snem widziałam ich migoczące światła i rozmyślałam o tym i o owym.

Dziś mieszkam tak, że nie obserwuję już samolotów. Rzadko je widzę i właściwie to nawet mi ich brak.

Jest pewien film, bardzo ważny w moim życiu. Mało znany i mało popularny film wybitnego Krzysztofa Kieślowskiego - w marcu minęła 14 rocznica jego śmierci. To PRZYPADEK z rewelacyjną rolą młodego Bogusława Lindy. Film z 1981 roku, który premierę miał dopiero w 1987. Obrazek, który wklejam to kadr z tego filmu. Zaczerpnęłam go z obwoluty świetnej książki, którą bardzo lubię, i która była jedną z inspiracji przy pisaniu mojej pracy magisterskiej: Przypadek. Kategoria egzystencjalna i artystyczna w literaturze i filmie autorstwa dr. Rafała Koschanego. W PRZYPADKU bohater zdąża na pociąg i nie zdąża, pokazane mamy różne wersje wydarzeń. Całość zamknięta jest klamrą, pierwszą i ostatnią sceną, związaną z samolotem...

Dziś nie słucham radia, nie czytam gazet, nie oglądam telewizji. Myślę sobie o samolotach, ludzkich losach i decyzjach, przypadku i przeznaczeniu.

środa, 17 marca 2010



Marta Deskur


Magdalena Moskwa


Od 5 marca pokazywana jest w CK Zamek w Poznaniu wystawa Sukienka, na której oglądać można prace współczesnych polskich artystów m.in. Zbigniewa Libery, Anny Baumgart, Jadwigi Sawickiej, czy Marty Deskur. Wystawa ta wyprodukowana przez Mazowieckie Centrum Sztuki Współczesnej Elektrownia w Radomiu była pokazywana tam właśnie od listopada 2009 do stycznia 2010. Kuratorką jest Agnieszka Gniotek. Temat?

Na stronach CK Zamek czytamy: Strój kobiet wyróżniał je i nadal wyróżnia w rożnych kontekstach kulturowych, życiowych i rodzinnych. Często jest to deprecjonujące, ale też często nobilitujące. W niektórych kulturach strój pełni także rolę ochronną kobiety. Odmiennie też jest postrzegany w rożnych kulturach.

Zatem strój jako ograniczenie, strój jako wolność. Strój element tresury, strój element ochrony. Wyraz osobowości, alienacji, bezosobowości. Sukienka - fetysz pełen znaczeń.

Najbardziej podobały mi się dwie prace. Welon to moje włosy - świetne, zmysłowe video Marty Deskur oraz projekty ubiorów-obiektów Magdaleny Moskwy, które przywodzą na myśl surowe kaftany bezpieczeństwa.

Wystawę można oglądać do 25 kwietnia. Polecam gorąco i zapraszam na stronę: www.sukienka-art.pl

sobota, 20 lutego 2010









Na zakończenie zimowych postów o Sopocie dwie foty. Pierwsza to statek widmo, unoszący się nad wodami Bałtyku sfotografowany w Gdyni ;) Druga to Sopot - a jakże! - miasto nie tylko plażowiczów, ale i narciarzy, głównie ze względu na jedną górę - Łysą Górę ;)

piątek, 19 lutego 2010

poniedziałek, 15 lutego 2010











Wyrwaliśmy się na weekend do Sopotu. Zapowiadało się błogo i leniwie, a okazało się przede wszystkim intensywnie. Trójmiasto znów zaskoczyło i przewietrzyło. Zatem najbliższe wpisy będą relacją z niektórych miejsc, spacerów, nastrojów, spotkań. Dziś wklejam kilka zimowych morskich pejzaży. Moich prostych zapatrzeń.

środa, 3 lutego 2010





Wzięło mnie na fotografię, ale nie mam czasu zdjęć robić. Rajcuje mnie światło dzienne, które ze spokojem i radością fotograficznie wykorzystywać mogę tylko w weekendy. Zatem w tygodniu czytam sobie o fotografowaniu. Zagłębiłam się w Susan Sontag. Czytałam na przemian jej świetne eseje, wznowione prześlicznie przez krakowskie nowe i szalenie interesujące wydawnictwo KARAKTER oraz wspomnienia Davida Rieffa - syna Sontag.

O ile O fotografii to zbiór sześciu wybitnych tekstów Sontag, które są ucztą zarówno pod względem błyskotliwych interpretacji, uwag o fotografii jak i pod względem świetnej kompozycji i wciągającego języka, to W morzu śmierci. Wspomnienie syna jest książką trudną, wybijająca z rytmu codzienności i sposobu myślenia o Sontag.

We wspomnieniach Rieff opisuje ostatnie dni życia autorki W Ameryce, jej ostatnią, trzecią bitwę z nowotworem. Nazwałabym tę książkę spowiedzią, gdyż konkretność i dokładność mieszają się tutaj z bardzo konfesyjnymi myślami, mocno prywatnymi wywodami pełnymi poczucia winy. Zdaje się, że z poczucia winy powstała ta mocna i zarazem piękna książka.

Rieff pisze o traumie związanej z chorobą najbliższej osoby, która odchodzi w niepogodzeniu na śmierć i w emocjonalnej blokadzie w relacji z własnym synem. Ujmujące w tej książce jest to, że brak w niej postaci matki-heroski. Rieff przedstawia Sontag bardziej ludzko niżbym się tego mogła spodziewać. Ludzkość Sontag, jej postawa wobec świata, była postawą pod prąd, zatem także jej umieranie obrało taki kierunek. Książka wbija w fotel. Stawia wiele pytań i nie daje odpowiedzi. Czytając ją równolegle z esejami, także z Chorobą jako metaforą. Aids i jego metafory czytelnikowi objawiają się liczne paradoksy i sprzeczności dotyczące Sontag, jej życia i wyborów oraz jej pisania. W morzu śmierci. Wspomnienie syna zostaje w głowie na długo.

Przy okazji polecam świetny szkic o Sontag Pawła Goźlińskiego Susan Sontag. Amerykanka chora na X, który był publikowany w listopadzie zeszłego roku w Dużym Formacie, dodatku do Gazety Wyborczej. Osobiście czekam na kolejne książki Sontag, zapowiadane przez KARAKTER. Już w maju mają się ukazać esej Widok cudzego cierpienia a później Przeciw interpretacji oraz chyba najbardziej wyczekiwane przeze mnie Dzienniki.

poniedziałek, 1 lutego 2010







Fotki z wczorajszego spaceru po zasypanej śniegiem Cytadeli.
W słońcu.

niedziela, 3 stycznia 2010

















Wczorajszy spacer w śniegu po okolicy. Tu mieszkam, czyli prawie pomiędzy kościołem św. Józefa oraz klasztorem karmelitów bosych i kościołem św. Wojciecha. Ze szczytu wzgórza św. Wojciecha widać dachy kamienic Starego Rynku, gdzie notabene złowiłam wczoraj coś wytrawnego i w temacie - Tomas Venclova "Rozmowa w zimie" z przedmową Josifa Brodskiego i w opracowaniu Stanisława Barańczaka (aż wstyd przyznać jak mało za tę cenną książkę zapłaciłam). Zajrzałam też na sąsiadujący z karmelitami Cmentarz Zasłużonych Wielkopolan, który jest zupełnie niesamowitym, wyjątkowym miejscem, malowniczą enklawą zadumy położoną właściwie w samym centrum Poznania.

piątek, 1 stycznia 2010