Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sztuka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sztuka. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 21 lutego 2011





Jerzy Nowosielski 1923 - 2011

Co się robi w dniu, w którym umiera jeden z niewielu ulubionych malarzy, który od kilku lat podobno już nie malował? Wspomina się uczucie transcendentalnego szaleństwa, które towarzyszyło oglądaniu jego retrospektywy w warszawskiej Zachęcie w 2003 roku? Z podziwem i smutkiem po raz kolejny ogląda się reprodukcje jego obrazów w albumie? Sięga po książkę, która czekała na półce na odpowiednią chwilę (Rozmowy z Jerzym Nowosielskim. Wokół ikony - Mój Chrystus - Mój Judasz. Zbigniew Podgórzec, wyd. Znak 2009)? Zapala się świeczkę?

88 lat - czy dotknął Nieskończoności?

wtorek, 18 stycznia 2011






"Parę dni" się trochę przedłużyło, ale wracam, wracam z kontynuacją opowieści.

W grudniu we Wrocławiu udało mi się odbyć fascynujące spotkania z Pawłem Romańczukiem i Dorotą Hartwich. Dotyczyły one pewnej wyjątkowej książki, na którą składają się: płyta Małe Instrumenty grają Chopina, teksty: Pawła Romańczuka Fenomen toy piano i Doroty Hartwich Radość eksperymentu.

Jednym z owoców tych spotkań i rozmów będzie audycja, niedzielna POCZYTALNIA w Radiu Afera, 30 stycznia, start o godz. 16:00. Zapraszam do posłuchania, bo będzie ciekawie.

Będzie można usłyszeć Dorotę Hartwich z Wydawnictwa Format z Wrocławia, która jest dziennikarką, publicystką, krytykiem sztuki, autorką wielokrotnie nagradzanej Bajki o kochaniu (m.in. Nagroda Główna 2007 w konkursie Komitetu Ochrony Praw Dziecka). Posłuchać będzie można także Pawła Romańczuka - lidera zespołu Małe Instrumenty, kolekcjonera, kompozytora i teoretyka toy piano - który odpowie między innymi na następujące pytania: co to jest toy piano? dlaczego warto się nim zainteresować? jak zaczęła się jego przygoda z toy piano? skąd pomysł na książkę i płytę? co zawiera książka? jakie najbliższe plany mają Małe Instrumenty? itd.

Proszę słuchać uważnie, bo będzie można także wygrać wspomnianą publikację! Ale przede wszystkim będzie można posłuchać jak Paweł Romańczuk gra na toy piano specjalnie dla POCZYTALNI! Polecam i wracam do montowania dźwięków! :)

czwartek, 18 listopada 2010






Już jutro zaczyna się 3 MIĘDZYNARODOWY FESTIWAL TWÓRCZOŚCI KOBIET NO WOMEN NO ART. Polecam to wydarzenie wszystkim, zarówno kobietom, jak i mężczyznom. Program znajdziecie tutaj: www.nowomen-noart.pl

Sama kupiłam już bilety na piątek 26 listopada o godz. 19:00 do Kina Muza na premierę filmu Pepperminta Pipilotti Rist i spotkanie z odtwórczynią głównej roli Eweliną Guzik.

Pamiętam, jak kilka lat temu, a dokładniej w 2004 roku w CSW w Warszawie oglądałam wystawę Rist prezentującą jej wideo. Twórczość tej jednej z najważniejszych i najbardziej znanych artystek szwajcarskich zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Pamiętam pracę Sip My Ocean (zarówno obraz jak i dźwięk) i nawet dziś czuję gęsią skórkę na samą myśl o niej. To chyba jedna z najbardziej znanych prac Rist. Zapewne z różnych powodów Rist tak bardzo właśnie wtedy mnie zachwyciła. Jestem ciekawa jak zareaguję na nią tym razem. Jedno jest pewne bardzo się cieszę na ten wieczór. Cenię Rist za prostotę, banalność i kicz, które są u niej tak samo prawdziwe jak prawdziwe jest nasze wnętrze i jak prawdziwe są nasze uczucia, które w tym wnętrzu skrywamy. Cenię Rist za płynne granice, za odwagę i bunt, za soczystość i barwność, oniryczność i terapeutyczność, za zmysłowość i bycie po stronie życia, jakkolwiek absurdalne i szalone by one nie było.

Polecam: www.pepperminta.ch

poniedziałek, 6 września 2010




Kazimierz Malewicz, Biegnący mężczyzna, 1932-34, olej na płótnie.



Czas się przyznać, pochwalić, napisać o tym. Biegam. To znaczy jestem biegaczem amatorem. Biegam od kilku miesięcy.

Zaczęło się prozaicznie. Skończył się sezon na pływalnię krytą i pomyślałam, że fajnie byłoby znaleźć jakiś inny sport. Wymagania miałam małe, a może duże: tanio, elastycznie terminowo/godzinowo, blisko domu, satysfakcjonująco.

Któregoś razu pewna osoba zaczynała właśnie sezon i zapytała, czy nie spróbowałabym z nią. Spróbowałam. Byłam zdziwiona, że aż tak mi się spodobało. Zaczęłam biegać i biegałam tak kilka tygodni, zastanawiając się, czy mi się odechce, znudzi... aż w końcu stwierdziłam, tak, będę to robić. Będę biegać, chcę biegać, biegam.

Byłam wtedy może w połowie treningu. Trening to w moim przypadku bieganie trzy/cztery razy w tygodniu, a raczej marszobiegi. Zaczynałam od biegu trzydziestu sekund i marszu cztery i pół minuty, co razem daje pięć minut. Podczas jednego treningu biegnę i maszeruję tak na zmianę po sześć razy. Każdy taki cykl powtarzam przez co najmniej dwa tygodnie, aż do momentu, w którym czuję, że biegnę lekko. Wtedy przychodzi moment na zwiększenie czasu biegu i zmniejszenie czasu marszu, ale całość zawsze ma pięć minut i powtarzana jest sześć razy. W ten sposób w zeszłym tygodniu pobiegłam cztery i pół minuty i maszerowałam trzydzieści sekund. Kolejny krok przede mną to przełom: bieganie trzydzieści minut bez przerwy, już bez marszu.

Gdzieś w połowie treningów przyszedł czas na kupienie butów do biegania, pulsometru. W którymś momencie weszłam na stronę www.bieganie.pl i czasami nadal tam zaglądam, choć niewiele rozumiem ;) Maraton nie jest moją ambicją ale staram się kontrolować, by się nie przetrenować, by biegać świadomie i zdrowo. Gdzieś przy biegu trzy i pół minuty odkryłam na przykład, że źle stawiam stopę, co powoduje silny ból kolan, tak więc musiałam szybko zacząć pracować nad techniką. Teraz jest już wyśmienicie.

Kilka dni temu przeczytałam rewelacyjny esej o bieganiu. Opublikowany został w TYGODNIKU POWSZECHNYM, autorem jest Tadeusz Sławek. Przyszedł zatem dla mnie czas by zastanowić się nad bieganiem, nad tym czym ono jest dla mnie i dlaczego biegam.
Esej znajdziecie TU.

To esej, pod którym chciałabym się podpisać obiema nogami;) Sławek pisze, o biegaczu amatorze, który ćwiczy się w rezygnacji, o tym, że bieganie to forma abdykacji oraz praktykowanie wdzięczność.

To, co najistotniejsze w momencie, gdy biegacz-amator wychodzi na trasę, to rezygnacja z wszystkiego. Nie ma żadnego wsparcia, nikt za nim nie jedzie, niczego – poza, być może, niewielką butelką wody – nie zabiera. Ta redukcja obciążenia jest redukcją znaczenia. Pozostawia za sobą wszystkie emblematy pozycji społecznej, władzy, materialnej zasobności. Co najwyżej może mieć mniej lub bardziej markowe buty.

Nie chcę nikogo namawiać do biegania. Chcę tylko podzielić się moją radością z biegania. Każdy swoje bieganie powinien odkryć sam, na miarę własnych możliwości i własnego tempa. (...) bieganie to nasłuchiwanie rytmów ciała. Własnego ciała.

Niebawem znów zacznie się sezon na pływalnię. Wrócę na nią, ale biegać nie przestanę, na tyle na ile pozwoli na to pogoda. Ostatnio przydarzyło mi się biec w deszczu. W późnym, jeszcze letnim, sierpniowym deszczu, który zwiastował jesień. Nie miałam na sobie nic przeciwdeszczowego, ale nie mogłam przestać biec, było cudownie...

środa, 18 sierpnia 2010





Od długiego już czasu oprócz Radia Afera słuchamy namiętnie Programu Drugiego Polskiego Radia. Zawsze rano i zawsze wieczorem i w nocy. Jest kilka audycji, które są w naszej stałej, domowej ramówce. To m.in. CZTERY STRUNY ŚWIATA program autorski niezastąpionego Piotra Matwiejczuka, który gości w eterze zawsze w niedzielę od 23:00. To audycja wyjątkowa, pełna różnorodnej, wybornej muzyki, często takiej, którą trudno usłyszeć gdzieś indziej, trudno zdobyć. To audycja mistrzowsko i jednocześnie na luzie prowadzona. To audycja, od której można się uzależnić ;) W Dwójce uwielbiam też poranne rozmowy (7:35 środa) Katarzyny Nowak i Sylwii Chutnik oraz prowadzony przez Hannę Marię Gizę Klub Ludzi Ciekawych Wszystkiego. Chociażby przed chwilą w Sezonie na Dwójkę słuchałam bardzo interesujących rozmów z Adamem Wiedemannem o Henryku Berezie i Marku Hłasce, oraz z Irkiem Grinem o Międzynarodowym Festiwalu Kryminału we Wrocławiu. Chyba długo mogłabym wymieniać i zachwalać kolejne audycje i prowadzących, ale nie o tym chciałam zasadniczo napisać ;)

Ufam Panu Piotrowi i CZTEREM STRUNOM ŚWIATA właściwie całkowicie. W ostatnią niedzielę pojawiła się tam wzmianka o koncercie, który odbędzie się w Poznaniu w najbliższy piątek - bilety za 100 groszy już kupiłam :) Wystąpi siedmioosobowy hiszpański zespół Elbicho grający flamenco duende połączone z psychodelicznym rockiem lat 70. oraz surrealistycznymi tekstami piosenek. Bardzo jestem ciekawa tego wydarzenia. W wolnej chwili warto zajrzeć tutaj: www.elbicho.com

Polecam zatem ostatni koncert z cyklu na 100-lecie CK ZAMEK
i zapraszam 20 sierpnia na 21:00 na Dziedziniec Różany, gdzie wystąpi Elbicho, a na dodatek o 22:30 odbędzie się urodzinowy pokaz sztucznych ogni ;)

piątek, 6 sierpnia 2010







Centrum Kultury Zamek w Poznaniu ma w tym roku bardzo okrągłe urodziny, obchodzi 100 lat! :) W związku z tym jubileuszem na sierpień przygotowano szereg spektakli, koncertów pod hasłem ZA STO GROSZY. Wybrałam się na belgijski Compagnie Thor i spektakl To the Ones I Love.

Pokazywana na Dziedzińcu Różanym choreografia Thierriego Smitsa do muzyki J.-S. Bacha w wykonaniu dziewięciu tancerzy afrykańskiego pochodzenia niestety nie porwała mnie. Okazało się, że upodobałam sobie w tańcu coś zupełnie innego i coś zupełnie innego jest dla mnie istotne. Zatem mimo wszystko miły wieczór zakończyłam z niedosytem, lekkim ale stanowczym nie dla Compagnie Thor i radosnym tak dla biletów za 100 groszy ;)

piątek, 9 lipca 2010





Dzisiaj Gaba Kulka w ramach Muzyka i Muzyka na Dziedzińcach Zamkowych - letniego cyklu koncertów realizowanych w plenerze,
w przestrzeni trzech zamkowych dziedzińców. Cóż, była po prostu świetna! :)

Moje niejasności, Twoje niejasności pokrywają się. Może będzie dobrze?

niedziela, 4 lipca 2010











Najważniejszym spektaklem tegorocznego Festiwalu Malta pozostanie dla mnie bez wątpienie Sutra Sidiego Larbiego Cherkaoui. Minimalizm środków sprawia, że chciałoby się powiedzieć, że był to spektakl surowy, ascetyczny. A był po prostu poetycki i bardzo plastyczny, niczym sen. Jednakże wszystko to w duchu kultury wschodu i zen. Dzięki mistrzowskiej muzyce skomponowanej przez Szymona Brzóskę (BRAWO!), granej na żywo, płynęło się przez to mądre i refleksyjne dzieło w pięknym rytmie, równowadze. Piękne.

„Japoński przyjaciel zapytał mnie: co kochasz? Opowiedziałem mu o jodze, śpiewie i sztukach walki. Utrzymywał kontakt z mnichami ze świątyni Shaolin i zaproponował, że mnie przedstawi.” W ten sposób Sidi Larbi wraz z rzeźbiarzem – ikoną sztuki współczesnej, autorem potężnych instalacji – Antonym Gormleyem i młodym, polskim kompozytorem Szymonem Brzóską spędził wiele miesięcy w chińskim klasztorze, pracując nad koncepcją sztuki. Oniryczny spektakl, w którym biorą udział mnisi – adepci zen, skupia całą uwagę na skomplikowanej więzi łączącej dorosłego mężczyznę z jedenastoletnim chłopcem. Sutra łączy jogę z sufickim transem, pantomimą i językiem migowym, mową i spontanicznym śpiewem. Ubrany w wyrafinowaną oprawę plastyczną i muzyczną spektakl jest swoistym traktatem o kondycji ludzkiej, tożsamości religijnej i seksualnej, refleksją na temat zderzenia kultur, dojrzewania, lęku przed usamodzielnieniem się dziecka. „Moja estetyka, wyczucie piękna – podkreśla Sidi Larbi Cherkaoui w wywiadzie – wiąże się z dzieciństwem, czerpie z połączenia kaligrafii z malarstwem flamandzkim (…). Zawsze myślę o tańcu w języku perspektywy. To zawsze jak rysowanie.”

p.s. Nie zdawałam sobie sprawy z tego, że można tak genialnie ograć niewyszukany rekwizyt - drewnianą skrzynię!

sobota, 3 lipca 2010





Ostatnie spektakle z serii Stary Browar Nowy Taniec Na Malcie były bardzo różnorodne.

W czwartek oglądałam świetne solo Charlotte Vanden Eynde I’m Sorry It’s (Not) A Story. Każdy ruch, gest, krok, taniec miał tutaj ogromne znaczenie. Artystka nieprzeciętnie potrafiła skupić na sobie uwagę. Surowość i minimalizm dopełniała głębia znaczeń, która pojawiała się w głowie widza wraz z każdą kolejną minutą spektaklu. Charlotte przypominała mi figurkę z pozytywki, lolitkę, kobietę na wybiegu, osobę która jest ofiarą molestowania. Bez wątpienia była to dość mocna bajeczka.

Później wystąpił Tarek Halaby z czymś co nazwał Próba zrozumienia mojej socjopolitycznej sytuacji poprzez artystyczne poszukiwania osobistej tożsamości w odniesieniu do konfliktu palestyńsko-izraelskiego, część I . Tarek Halaby - amerykański Palestyńczyk, urodzony w Arabii Saudyjskiej, z amerykańsko-jordańskim paszportem, wychowany w wierze katolickiej, od zawsze mówiący tylko po angielsku, żyjący w Stanach Zjednoczonych od 10 roku życia - postanowił zapytać o swoją tożsamość. Pokazać sytuację Palestyńczyków i uwrażliwić na nią widza. Miał być to spektakl taneczny, ale artysta przyznał się do własnej porażki, do tego, że w trakcie pracy nad spektaklem, projektem, uświadomił sobie, że nie umie przełożyć tego, co ma w głowie na ruch, ciało. Zetem spektakl wykorzystywał zupełnie inne formy. Był niejako przegadanym, komicznym, a jednocześnie śmiertelnie poważnym performancem, angażującym publiczność. Artysta na walizkach, bezdomny, ze zgubioną tożsamością, który opowiadając o swojej sytuacji - z całym bagażem nieudolności - stara się uwrażliwić widza na problem swojej tożsamości, Palestyńskiej tożsamości, tożsamości w ogóle. Zaskakujące w formie i dobre.

Tegoroczną serię Stary Browar Nowy Taniec Na Malcie zamknął niejako spektakl Jonathana Burrowsa & Matteo Fargiona Cheap Lecture & The Cow Piece. Dwie etiudy, obie wznoszące się na wyżyny abstrakcji i absurdalnego komizmu. Dygresyjny i przezabawny, odczytany i odśpiewany Cheap Lecture był wariacją na temat artystycznej pracy, reakcji widzów, muzyki. Filozoficzno komiczny. Z kolei The Cow Piece w równie absurdalny i komiczny sposób pochylał się nad śmiertelnością i tańcem w ogóle. Duet Burrows i Fargion porwał część publiczności, ale cześć zdecydowanie nie. Ja znalazłam się gdzieś pośrodku, przechylając się niestety bardziej w stronę tej drugiej grupy.





W ostatnich dniach Festiwalu Malta udało mi się także obejrzeć Another Sleepy Dusty Delta Day Jana Fabra. To solo jednej aktorki, tancerki. Głównym motywem muzycznym, który jest także przez nią wyśpiewywany jest hit Bobbiego Gentry z 1967 roku Ode to Billy Joe.Piosenka opowiada o samobójczym skoku z mostu młodego chłopaka i zakochanej w nim dziewczynie, która próbuje sobie z tą śmiercią poradzić. Oprócz piosenki w spektaklu główną rolę gra także list pożegnalny napisany przez mężczyznę do ukochanej, który jest stopniowo odczytywany. Ale oprócz wątków tragiczno-miłosnych spektakl przesycony był także brudna codziennością - trudem i znojem pracy oraz piciem piwa. Świetna technicznie artystka przykuwała uwagę, lecz w pewnym momencie wszystko stało się jakby zbyt jasne, przewidywalne, zabrakło niedopowiedzeń. Po wyjściu ze spektaklu uświadomiłam sobie, że spodziewałam się jednak czegoś więcej niż umorusanie się w węglu i znęcaniu się (?) przesz piękną solistę w kanarkowej sukience nad kanarkami zwieszonymi w klatkach nad sceną. Lekko kontrowersyjne.

poniedziałek, 21 czerwca 2010





W czerwcu zaczęłam cierpieć na dziwne swego rodzaju obżarstwo. Objadam się książkami, filmami, muzyką... a niewiele Wam tu właściwie relacjonuje. Karygodne, ale to chyba po prostu taki czas. W każdym razie obżarstwo trwa nadal.

Już w czwartek wydarzenie, na które czekam od jakiegoś czasu, wernisaż wystawy OKTOGON Romana Opałki, jednego z bliższych mi artystów. Polecam zatem i zapraszam do Art Stations w Poznaniu w Starym Browarze. Wystawa będzie czynna do 12 września, codziennie od 12:00 do 19:00. Więcej informacji o wystawie znajdziecie na: www.artstationsfoundation5050.com

W związku z tym wydarzeniem wybieram się też w środę o godz. 17:30 na film Andrzeja Sapiji Opałka, jedno życie, jedno dzieło, który będzie pokazywany w Słodowni +3.

Przy okazji wystawy i filmu wracam do starych czasów i mam w rękach numer Pisma Kulturalno - Literackiego PRO ARTE poświęcony BIELI. To numer z pomysłem autorskim, który realizowałam wraz z Anitą Jarzyną w 2007 roku. Jest w nim m.in. mój esej o twórczości Romana Opałki pt. OSIEM BIAŁYCH ÓSEMEK. KILKA SŁÓW O TWÓRCZOŚCI ARTYSTY, KTÓRY LICZY. To chyba dobry moment by przypomnieć ten tekst. Oto i on:


1

Artysta wstaje rano i fotografuje swoją twarz. Wkłada czystą taśmę do magnetofonu i włącza nagrywanie. Spokojnym, pewnym krokiem podchodzi do pokrytego równomiernie czarną farbą płótna. Zaczyna malować białą farbą, od samego brzegu, od lewego górnego rogu pola obrazowego. Bardzo starannie i dokładnie.

Pierwsza powstaje mała cyfra jeden. Początek. Inicjacja. Konkretna osobna całość, konkretny osobny oddech artysty. Jednostka. Detal. Ślad. Zapowiedź kolejnych cyfr. Liczenia a może odliczania. Wszystkie cyfry są tej samej wielkości, stoją w jednej linii, blisko siebie. Ściegiem. Od jeden do trzydziestu pięciu tysięcy trzystu dwudziestu siedmiu. Artysta monotonnym, zmęczonym ale wyraźnym głosem mówi. Odczytuje każdą zapisywaną, malowaną cyfrę. Głośne liczenie nie pozwala mu się zagubić w notatce. Pozwala się skupić. Kolejne liczby powstają obok siebie w konkretnym czasie i przestrzeni.

Ceremoniał trwa. Obraz za obrazem. Monotonność modlitwy. Z drobnych, gorliwych, wręcz troskliwych gestów wyłaniają się białe cyfry, cyferki zapisane na płótnie i taśmie magnetofonowej. Cyfry powtarzają się i wymieniają miejscami tworząc nowe liczby. Każdy ruch artysty jest dokładnie przewidziany, zaplanowany, sprawia wrażenie niezawodnie pracującego mechanizmu. Doskonałości. Każda cyfra jest ściśle związana z poprzednią i z następną, która jeszcze się nie pojawiła. Każda z liczb zawiera w sobie, te które już są na obrazie, stając się prologiem dla tych, które dopiero powstaną. Malując liczby w odpowiednim, wyliczonym i jasnym porządku artysta prowadzi dialog przeszłości z przyszłością. Cierpliwie zgłębia idee trwania w czasie. Odstępstwo od reguły nie zostało zaplanowane i nie nastąpi. Pewien jest tylko dalszy ciąg cyfr, ciągłe ich liczenie i dopisywanie. Nic nie może być ujęte, nic naddane.

Co robi artysta gdy nie maluje? Czy liczy? Co dzieje się z chwilami, z czasem, z oddechami, których nie zapisał? Czy ta nie zapisana obecność jest obecnością, czy nieobecnością? Zdaje się być dowodem na niemożność uchwycenia całości. Wszystko to, co możemy zarejestrować, uchwycić, namalować, policzyć, utrwalić, udokumentować to zawsze fragment. Fragment nie powtarzający się, mimo niektórych bliźniaczych podobieństw. Zawsze fragment recycling - jak rzecze poeta. Fragment wielkiej nie dającej się objąć całości. Uniwersum nie ma limitów a wszelkie granice zaciera nasza niemoc pełni. Tworzenie artysty, który liczy trwa nieustannie. Każdy obraz liczony jest dziełem otwartym. Otwartym na ciągłe dopisywanie, domalowywanie. To dzieło skończone nieukończeniem. Obrazy zdają się być detalami całości obecnej nie pełnią obecności. Artysta ciągle kształtuje swoje dzieło i jednocześnie sam ulega zmianie. Zarówno on jak i jego obrazy wpisane są w przestrzeń czasu, w jego upływanie, przemijanie.



1%

Roman Opałka, malarz i rysownik urodzony w 1931 w Abeville we Francji, jeden z najbardziej znanych poza krajem artystów polskich, który brał udział między innymi w Biennale w Sao Paulo (1969 i 1977), Documenta w Kassel (1977) i reprezentował Polskę podczas Biennale w Wenecji (1995), laureat wielu prestiżowych nagród tworzy swoje obrazy liczone od 1965 roku. Towarzyszy im zasada harmonii i permanentnej systematyczności, która pomaga wypełniać artyście zaplanowaną idee progresywnego liczenia.

Obrazy malowane są białym pigmentem na czarnym tle. Każdy z nich ma te same wymiary: 196 x 135 cm. Pędzel zawsze jednakowej wielkości – numer 0. Od 1970 roku każde kolejne tło jest o jeden procent jaśniejsze od poprzedniego. Opałka dodaje biel – to znaczące. Czerń staje się szara. Artysta nagrywa na taśmie magnetofonowej wypowiadanie kolejnych liczb. Codziennie fotografuje swoją twarz precyzyjnie dbając o podobieństwo z poprzednimi jej wizerunkami. Podobna mimika, strój, oświetlenie. Opałka rejestruje, dokumentuje biologiczny proces starzenia się swojego własnego głosu oraz swojej własnej twarzy, którą pokrywa coraz większa ilość zmarszczek. Włosy na głowie artysty stają się coraz bardziej siwe, bielsze. Jego prywatne ciało staje się konkretnym, nieodzownym elementem dzieła. Wydaje się jakby Opałka rozbielając tło dodawał lat także obrazowi. Postarzał go. Biel pisma na obrazie ma zlać się z bielejącym tłem. Roman Opałka poświęcając swoją twórczość jednemu projektowi, jednemu niekończącemu się obrazowi, poświęcając swoje życie idei, pracując niczym średniowieczny skryba, który trzyma się surowych, wytyczonych jasno zasad chce dojść do malowania bielą na bieli. Chce dojść do absolutnej ciszy. Do śmierci. Do pustki. Do kresu.

Od początku pracy nad cyklem artysta pokazuje swoje płótna w ten sam sposób. Konsekwentnie. Wiesza je obok siebie zawsze w takich samych odstępach i na tej samej wysokości. Na ekspozycje nie składają się jednak tylko obrazy. Opałka dołącza fotografie swojej twarzy, z głośników słychać wymawiane przez niego, namalowane na obrazach cyfry, słychać jego liczący głos. Dopełniające się elementy wizualne i foniczne tworzą całość - specyficzną aranżację przestrzenną, swego rodzaju environment.



88888888

Osiem białych ósemek - zdaniem Romana Opałki są one poza zasięgiem możliwości odliczania człowieka. Niemożliwość została wyliczona. Siedem siódemek to ostatnia z liczb będących magiczną sekwencją tych samych cyfr w ilości odpowiadającej danej cyfrze, która osiągalna jest dla człowieka. Podczas prezentacji swoich prac w galerii Atlas Sztuki w Łodzi (10. 10 – 7. 12. 2003) Roman Opałka zaaranżował wnętrze budując przesiąknięty symboliką nieskończoności oktogon, (ośmiobok). Oktogon znany w architekturze – na planie oktogonu powstawały liczne budowle centralne: rotundy, mauzolea i baptysteria – często niesie z sobą znaczenie o charakterze sakralnym. Cyfra osiem w symbolice judeochrześcijańskiej przypisywana jest wieczności. Ściany oktogonu Opałki były tłem dla prezentacji siedmiu obrazów – detali, oraz siedmiu fotografii autora i siedmiu nagranych ścieżek dźwiękowych. Ósmy bok otwierał przestrzeń oktogonu. To bok symboliczny, który miałby wypełnić obraz nieskończoności. Obraz nieosiągalny, ostatni zawierający sekwencję ośmiu białych ósemek. Opałka eksponując w ten sposób swoje obrazy stworzył przestrzeń kojarzącą się z miejscem odnoszącym się do spraw transcendentnych, ze świątynią i z obrazami, które się w niej znajdują – z ikonami.

Dojście do malowania białym na białym kojarzy się jednoznacznie nie tylko z Białym kwadratem na białym tle Kazimierza Malewicza ale także z pisaniem ikon – który to proces powiązany został z twórczością rosyjskiego suprematysty między innymi przez znawcę awangardy – Andrzeja Turowskiego. Zdaje się, że twórczość Romana Opałki również ma coś wspólnego z pisaniem ikon. Pisanie ikony wymaga długiej pracy i odpowiedniego przygotowania. Samodyscypliny i niezliczonych wyrzeczeń, postu. Totalnego skupienia, modlitwy i żarliwej wiary. Ikony powstające w klasztorach Starej Rusi, malowane były przez uprzywilejowanych mnichów, były emanacją bóstwa, które prowadziło rękę twórcy. Materia, z której powstaje święty obraz powinna być naturalnie uzyskiwana, wszystkie elementy do jej stworzenia powinny pochodzić ze świata minerałów i roślin. Ogromne znaczenie ma wybór deski, w którą ikona zostanie wpisana. Technika malowania ikony już od starożytności dzieliła się na dwa sposoby. Pierwszym było malarstwo enkaustyczne, drugim tzw. tempera. Bezpośrednio na drewnie, lub na gruncie pokrytym uprzednio warstwą kleju uzyskiwanego ze skóry królika, który pozwala na lepsze przyleganie farb do gruntu, nakleja się płótno. Klej pozwalający je przytwierdzić zmieszany jest z białym alabastrem lub kredą – lewkas. Biel to lewkas ikony. Podkład ten powinien stać się twardy i dokładnie wypolerowany. Dopiero na nim kreśli się zarys ikony, a potem nakłada farby. Na starannie przygotowanej według receptury czystej bieli. W całości proces powstawania ikony zamyka się w sześciu odsłonach, podobnie jak Heksameron, Symfonia sześciu dni stworzenia. Pierwszym etapem jest właśnie etap przygotowujący podłoże. Oznacza on byt abstrakcyjny tworzony na trwałym materiale (desce) będącym niewzruszoną podstawą. Wybielanie w tym procesie ma znaczenie metafizyczne, jako że biel zawiera w sobie koniec i początek, staje się zapowiedzią. Kolor biały kojarzony z niewinnością, boskością i czystością stosowany jest by przedstawić to co prawosławie nazywa nie – stworzone światłością, światłem jakie ukazał Jezus Piotrowi, Jakubowi i Janowi na Górze Tabor.

W symbolice bieli odkrywamy zapowiedź teozis. Kolor, będący czymś więcej niż tylko elementem dekoracyjnym, odgrywa w ikonografii bizantyjskiej kapitalną rolę. Mając swój własny język, dąży do wyrażenia świata transcendentalnego (M. Quenot, Ikona. Okno ku wieczności, Białystok 1997, s. 74). Biel w ikonie jest pierwszym kolorem i ma wyjątkowe znaczenie. Działa jak milczenie Absolutu. Jest intuicyjną wizją ponad domeną wiedzy. W bieli tworzy się obraz bytu abstrakcyjnego.



1, 2, 3...

Artysta wstaje rano i fotografuje swoją twarz. Wkłada czystą taśmę do magnetofonu i włącza nagrywanie. Spokojnym, pewnym krokiem podchodzi do pokrytego równomiernie czarną farbą płótna. Zaczyna malować białą farbą, od samego brzegu, od lewego górnego rogu pola obrazowego. Bardzo starannie i dokładnie. Pierwsza powstaje mała cyfra jeden.

A może to nie ranek tylko noc? Czas płynie – tylko tego można być pewnym, choć może także nie do końca. Wszystko zaczyna się od braku pewności. Od pragnienia by choć fragment pewności odnaleźć, tej pewności, którą jesteśmy wstanie unieść, którą jest w stanie przyjąć nasze życie, choćby za cenę wielkiego heroizmu i poświęcenia. Odnaleźć pewność, uchwycić ją, urealnić, udokumentować. Zapisać, namalować. Około dwustu płócien - tyle, wedle swych obliczeń, zdoła zapełnić cyframi Roman Opałka do końca swego życia. Ascetyczne, monochromatyczne i monotonne płótna doskonale wyrażają swoje głębokie egzystencjalne przesłanie. Stają się zapisem przemijania. Liczenia i trwania ku bieli.

wtorek, 15 czerwca 2010





Już w czwartek rusza kolejna edycja Ethno Portu w Poznaniu. Przyznam się szczerze, że do tej pory nigdy nie udało mi się wybrać na ten festiwal. Tym razem będzie inaczej! Do zapoznania się z ciekawym programem zapraszam na www.ethnoport.pl

poniedziałek, 31 maja 2010





Louise Joséphine Bourgeois
25.12.1911 Paryż - 31.05.2010 Nowy Jork





2006 rok, stoję sobie pod Muzeum Guggenheima w Bilbao
oraz tuż obok gigantycznego pająka z brązu zatytułowanego
Matka autorstwa Bourgeois.

środa, 19 maja 2010





Już w piątek o godz. 22:00 w Poznaniu na Śródce projekt DRUGIE MIASTO. Jako fanka projektu artystyczno-społecznego MIASTO, który odbywał się w Starej Rzeźni i był zainicjowany w 2003 roku przez Teatr Ósmego Dnia, bardzo cieszę się także na DRUGIE MIASTO, szczególnie, że dotyczyć ono będzie Śródki. Śródki, na której nie ma już POKOJU Z WIDOKIEM i KINA MALTA. Śródki, której projekt rewitalizacji to tylko teoria. Całe szczęście są takie inicjatywy jak drugie MIASTO i znów przez chwilę na Śródce wybuchnie twórczy ferment. Zapewne będzie to wyjątkowy wieczór, ale czy coś zmieni w sytuacji tej wyjątkowej, powoli jakby zanikającej, dzielnicy? Błędem byłoby oczekiwać od poznańskich artystów, że zmienią świat... ale może wpłyną na niektóre decyzje decyzyjnych ludzi, o ile tacy przyjdą w piątek na Śródkę, ech...

W piątek artyści będą starali się wyeksponować Śródkę nie tylko jako przestrzeń, lecz przede wszystkim jako "małą ojczyznę" konkretnej społeczności, dziś odchodzącej w zapomnienie. Bowiem w przeciwieństwie do Rzeźni – Śródce charakter i koloryt nadają ludzkie historie, dawni i współcześni mieszkańcy, ich opowieści, ich twarze, ich sylwetki, które będziemy starali się ocalić.

Zapraszam!

DRUGIE MIASTO, 21 maja, godz. 22:00, Śródka.
Wstęp wolny!


Realizatorzy: Teatr Ósmego Dnia, Teatr Biuro Podróży, Movements Factory, Stowarzyszenie Artystyczno-Edukacyjne Środek Świata, Stowarzyszenie Starter.

Zajrzyjcie także tu: www.drugiemiasto.pl

środa, 5 maja 2010





Polecam i zapraszam do Galerii Miejskiej Arsenał w piątek 7 maja
o godz. 19:00 na wernisaż wystawy W POSZUKIWANIU SZCZĘŚCIA/THE PURSUIT OF HAPPINESS. Kuratorzy: Tekla Woźniak, Zbigniew Kotkiewicz.

Artyści biorący udział w wystawie:
Louise Adkins, Alexander Bates, Melissa Bugarella, Kathryn Cooper, Andy D’Cruz, Charlie Coffey, Michael Davies, Maddy Dickerson, Tinsel Edwards, James C. Fagan, Ester Faiman, Gene-George, Jerome Harrington, Anna Kalwajtys, Merve Kaptan, Maria Kjartansdottir,, Aneta Lis, Eva Lis, Tomasz Madajczak, Ivo Nikić, Herve Perez, Paulina Płachecka, Marianna i Daniel O’Reilly, Alicja Rogalska, Mateusz Sadowski, Justyna Scheuring, Erica Scourti, Emily Paige Short, Michal Tkachenko, Matthew Verdon, Siobhan Wanklyn, Liz Wroe, Fani Zguro, Piotr Żyliński.

Finisaż wystawy 6 czerwca o godz. 18:00. W lipcu i sierpniu wystawa będzie pokazywana w Centrum Spotkań Europejskich Światowid w Elblągu.

W POSZUKIWANIU SZCZĘŚCIA/THE PURSUIT OF HAPPINESS to projekt będący efektem poszukiwań twórczych artystów i kuratorów, czerpiących z europejskiej kultury, która funkcjonuje jako konglomerat zróżnicowanych, często sprzecznych, acz współistniejących wartości, tożsamości i praktyk. Wystawa pomyślana jest jako zaproszenie dla widza, który nie tylko będzie mógł czerpać inspiracje z artystycznych dokonań, ale także będzie miał możliwość skonfrontowania własnych wizji szczęścia z wizjami zaprezentowanymi na niej. Umożliwią to realizowane formy – interaktywne performance i instalacje, fotografie ukazujące poszukiwania doświadczeń bliskich każdemu z nas.

Więcej można poczytać i pooglądać na: happinessexhibition.blogspot.com

niedziela, 21 marca 2010



Józef Chełmoński, Babie lato, 1875.


Józef Chełmoński, Sprawa u wójta , 1873.


Jacek Malczewski Jesienią. Pasterka, 1890.


Dziś wernisaż w Muzeum Narodowym w Poznaniu. Wystawa pt. Chełmoński. Chmielowski. Witkiewicz. Pracownia w Hotelu Europejskim w Warszawie 1874-1883. Koncepcja i scenariusz wystawy: Maria Gołąb. Aranżacja: Andrzej Okińczyc.

Publiczność dopisała. Nie przepadam za wernisażami, bo to czas, w którym trudno oglądać obrazy. Tym razem też tak było, ale świetna aranżacja dzieł pomogła przezwyciężyć wiele problemów z komfortowym oglądem związanych. Co nie znaczy, że na wystawę nie wrócę. Zdecydowanie mam niedosyt. Chętnie podumam jeszcze przed niektórymi płótnami. A zgromadzono bardzo wiele ciekawych dzieł nie tylko Chełmońskiego, Chmielewskiego i Witkiewicza, ale także dzieła poprzedzające okres, któremu wystawa jest poświęcona, jak i do tego okresu później nawiązujące, nim inspirowane. Zatem obejrzeć można obrazy: Juliusza Kossaka, Józefa Brandta, Alfreda Wierusza-Kowalskiego, Jacka Malczewskiego, Władysława Podkowińskiego i wielu innych.
Ciekawa jest też część prezentująca szkice. Na prawdę jest co oglądać.

Wystawa potrwa do 6 czerwca.

sobota, 20 marca 2010



Lorenzo De Brabandere and Raimund Hoghe ©Rosa Frank


Lorenzo De Brabandere and Raimund Hoghe ©Rosa Frank


Lorenzo De Brabandere and Raimund Hoghe ©Rosa Frank


Spektakl Sacre - The Rite of Spring Raimunda Hoghe zrobił na mnie dość duże wrażenie. Zupełnie inne niż Bolero widziane latem zeszłego roku. Muzyka Strawińskiego dużo bardziej wymagająca, dużo bardziej wymagające działania tancerzy. Było to percepcyjne wyzwanie (dystans wytwarzany przez wnętrze Teatru Wielkiego, a ponadto wśród publiczności sporo osób nieświadomych, nieobytych ze sztuką współczesną i tańcem współczesnym).

Myślę, że Hoghe mistrzowsko zinterpretował Święto Wiosny. Pełną napięcia walkę młodego ze starym. Puls wojny. Czekam na jego kolejną wizytę w Poznaniu, na następną możliwość zobaczenia go na scenie.

Zapraszam na: www.raimundhoghe.com

środa, 17 marca 2010



Marta Deskur


Magdalena Moskwa


Od 5 marca pokazywana jest w CK Zamek w Poznaniu wystawa Sukienka, na której oglądać można prace współczesnych polskich artystów m.in. Zbigniewa Libery, Anny Baumgart, Jadwigi Sawickiej, czy Marty Deskur. Wystawa ta wyprodukowana przez Mazowieckie Centrum Sztuki Współczesnej Elektrownia w Radomiu była pokazywana tam właśnie od listopada 2009 do stycznia 2010. Kuratorką jest Agnieszka Gniotek. Temat?

Na stronach CK Zamek czytamy: Strój kobiet wyróżniał je i nadal wyróżnia w rożnych kontekstach kulturowych, życiowych i rodzinnych. Często jest to deprecjonujące, ale też często nobilitujące. W niektórych kulturach strój pełni także rolę ochronną kobiety. Odmiennie też jest postrzegany w rożnych kulturach.

Zatem strój jako ograniczenie, strój jako wolność. Strój element tresury, strój element ochrony. Wyraz osobowości, alienacji, bezosobowości. Sukienka - fetysz pełen znaczeń.

Najbardziej podobały mi się dwie prace. Welon to moje włosy - świetne, zmysłowe video Marty Deskur oraz projekty ubiorów-obiektów Magdaleny Moskwy, które przywodzą na myśl surowe kaftany bezpieczeństwa.

Wystawę można oglądać do 25 kwietnia. Polecam gorąco i zapraszam na stronę: www.sukienka-art.pl

czwartek, 21 stycznia 2010





Od dziś do 7 lutego w Galerii PRZYCHODNIA można oglądać wystawę "Koniec kasety", której kuratorką jest Wiktoria Szczupacka i której część wizualna sprowadzona jest do minimum, bo jednak głównie chodzi o słuchanie. Wyczytać można, że "podstawę projektu stanowią, przygotowane specjalnie na wystawę słuchowiska odtwarzane z kaset magnetofonowych. Na wystawie można usłyszeć realizacje muzyczne, nagrania o formie zbliżonej do radiowych audycji, a także opowieści osób związanych z kasetami. Słuchowiska oscylują wokół takich zagadnień jak muzyka, historia, technologia, kultura, forma i funkcja kaset; pojawia się także wiele prywatnych opowieści".

Więcej o wystawie "Koniec kasety" można jeszcze doczytać tutaj: www.galeriaprzychodnia.pl. Dziś odbywa się wernisaż tego wydarzenia, na który niestety nie udało mi się dotrzeć, ale motyw kasety jest bliski memu sercu. Pamiętam dokładnie pierwsze odkładane pieniądze (13 tysięcy złotych!) na (oryginalną? nieoryginalną?) kasetę Michaela Jacksona "Dangerous".

Z kasetami wiąże się u mnie ostatnio coś jeszcze. Byłam w kinie na świetnym, zbierającym liczne pochlebne recenzje i wyróżnienia filmie "Wszystko co kocham" Jacka Borcucha, który jako reżyser jest znany także z filmu "Tulipany". Wspominam o "Tulipanach" dlatego, bo ten film dość ciekawie mnie ujął, a szczególnie muzyka Daniela Blooma, którego Borcuch zaprosił także do współpracy przy "Wszystko co kocham". Blooma co prawda nie słychać w najnowszym filmie zbyt wiele, ale film muzyczny jest mocno. Muzyczny, morski i punkrockowy.

Akcja toczy się w latach 80-tych w Polsce, ale nie mamy tu do czynienia z dobrze znaną martyrologią stanu wojennego. To tamten czas, ale trochę z innej perspektywy i przez to może mniej przyciężkawy. Może bardziej autentyczny, a przy tym jednocześnie ciągle poważny. Chciałoby się powiedzieć, że Borcuch opowiada prostą i banalną historię. Że może jak na tamten czas zbyt jasną i piękną. Ale jednocześnie trudno stwierdzić, że mamy do czynienia z czymś naiwnym. Trudno oprzeć się artystycznej spójności, świetnej grze aktorskiej, celnym kadrom. Zwykłości pokazanej niezwykle. Bardzo podobają mi się słowa Pawła T. Felisa, który napisał o tym filmie w następujący sposób: "...trzeba wrażliwości i sprawnego rzemiosła, by zrobić film tak lekki i jednocześnie niebłahy, zabawny i całkiem serio. Borcuch nie boi się mówić o tym, co najprostsze, szyje fabułę nićmi tak delikatnymi, że łatwo posądzić go o banał. Ale to akurat bzdura: zamiast bohaterów z nostalgicznej pocztówki mamy we "Wszystko co kocham" ludzi z krwi i kości. Z ich kapitalną energią i zachłannością na życie, z beztroską brawurą i - gdy sytuacja wymyka się z rąk - bezradnością".

Zarówno film jak i wystawę polecam wszystkim tym, którzy mają jeszcze w domu stare kasety magnetofonowe i tak jak na przykład ja nie mają już sprzętu, żeby je odsłuchać, ale nie mogą się z nimi rozstać. Mają kasety na których nagrywali kawałki puszczane w radiu, w nocnych audycjach słuchanych w łóżku z dwukasetowym jamnikiem przy uchu ;)

środa, 13 stycznia 2010







Od paru dni wieczory upływają mi przy dźwiękach jednej płyty. Tomasz Stańko Quintet Dark Eyes. To po prostu cudo. Pozostaje tylko żałować, że przegapiłam poznański koncert promujący album. Na płycie mamy dziesięć utworów, tworzących spójną, charakterystyczną, transową i liryczną całość. Wszystkie skomponowane przez Tomasza Stańko z wyjątkiem dwóch, które są autorstwa Krzysztofa Komedy. Przychodzę do domu włączam i tak gra kilka godzin. Jak z domu wychodzę to gra mi w głowie. Płyta i utwór "The Dark Eyes Of Martha Hirsch" była także przyczyną poznania pewnego obrazu - powyżej reprodukcja - Oskar Kokoschka "Martha Hirsch".

poniedziałek, 11 stycznia 2010


Zapraszam. Nic więcej nie napiszę, żeby jeszcze bardziej zaintrygować i zachęcić do przybycia w czwartek o godz. 19:00
na Święto Małpy do Galerii Miejskiej Arsenał ;)